25.12.2022, 15:19 ✶
Nagła wykwit czerwieni na samym czubku głowy rozmówcy sprawił, że William zamrugał parę razy. Czarodzieje uznawali za normalne rzeczy, które nawet nie śniły się Mugolom, więc lekka zmiana koloru włosów, zwłaszcza u Metamorfomaga nie powinna być niczym nadzwyczajnym, a spotkała się z nieznaczną konsternacją Lestrange’a. Nie zadał jednak żadnego pytania, przyglądając się z niejakim zaciekawieniem jak czerń ustępuje ostrzejszej barwie. Zauważył, że Morgan wyciąga do niego dłonie, znał go jednak na tyle, aby wiedzieć, że ten chce strzepnąć mu paproch bądź włosa z ramienia czy cokolwiek tam leżało. Po tylu wizytach w niewielkim lokum drugiego mężczyzny metamorfomagia oraz towarzyszące jej zmiany i kolory nie powinny być dla Willa aż tak absorbujące, jednakże tym razem nie wychodził z piwnicy kapkę za długo – jego mózg wciąż budził się z charakterystycznego letargu na bodźce, w który zapadał przy większym skupieniu. Jak zahipnotyzowany wyciągnął rękę, aby delikatnie dotknąć czubka głowy, tam, gdzie czerwień była najbardziej wyrazista. Czuł, że guziki jego własnego ubrania są rozpinane, a potem ... zapinane? Zignorował to, teraz liczył się czerwony kosmyk włosów pomiędzy palcami. Nie na długo jednak, bo gość zaraz się odsunął, a czerwień przesunąwszy się po bladości dłoni wysmyknęła się z jej zasięgu.
Will spojrzał na swoją koszulę.
– Oh. – wyrwało mu się – Przepraszam i dziękuję. Trzeba było powiedzieć, dopiąłbym się. Jestem w okropnym nieładzie i ... – przerwał, bo czerwień zelżała, przybrała odcień barszczu rozrobionego sporą ilością śmietany.
– Nie wiem co dzisiaj jest ze mną, chyba się jeszcze nie dobudziłem. Widziałem je już czerwone, ale nie aż tak czerwone. A może to kwestia światła? – nie przeszkadzał mu dotyk, bo nie wiązał go z niczym intymnym, przynajmniej nie w pierwszym momencie oraz nie wtedy, gdy był tak bardzo zagubiony w swoim świecie.
– Mniejsza. Dam ci chociaż wody, jesteś pewny, że nie chcesz nic jeść? Kanapki robię lepiej niż zapinam guziki. – zaśmiał się w lekkim skrępowaniu i pokazał ręką kierunek, w którym mieli zmierzać, aby dotrzeć do kuchni.
Pomieszczenie nie było wcale takie duże, jak sugerowałby wcześniejszy hol z wysokim sklepieniem. Posiadało trzy pary drzwi – wychodzące na boczną część ogrodu, te główne, którym weszli oraz spiżarniane. Szafki wyglądały na nietknięte, ale wiszące przy suficie patelnie i garnki miały na sobie ślady użytkowania, w serwantce stojącej pod ścianą zamknięta była porcelanowa zastawa i szklane kieliszki. William sięgnął po filiżankę i pozwolił, aby drzwiczki mebla wróciły na swoje miejsce z delikatnym kliknięciem. Zamiast wyciągnąć różdżkę sięgnął po stojący na drewnianej podstawce, dziwacznie prezentujący się czajnik, aby wstawić go w palenisko. Te odrobinę dogasało, ale Lestrange nie marnował czasu i wykonał odpowiednie czynności, aby sprawić, że ciepło ognia wykona swoje zadanie.
Skinął głową na krzesła stojące przy stole. Na jego blacie stały pusty dzbanek wraz z kupką różnego rozmiaru i rodzaju talerzy.
– Zazwyczaj ymm Helen? Gosposia. Nie pamiętam, jak ma na imię, ostatnio musieliśmy zatrudnić nową, mało ja spotykam. – wyglądał na szczerze zmartwionego, że zapomniał imienia kobiety, ale zaraz przeszedł do dalszej części wypowiedzi - Zazwyczaj ona tu siedzi, więc staram się jej niczego nie przestawiać. – spojrzał na czajnik, którego dziwaczność miał zaraz zamiar wytłumaczyć.
– Może nie jest to jakieś wielkie odkrycie, ale ułatwia mi życie. – [b] wskazał palcem na wbudowany na przedzie przedmiotu miernik – Pijam zazwyczaj jaśminową herbatę, a przecież sam wiesz, że parzenie jej w stu czy dziewięćdziesięciu stopniach tylko psuje smak. W niektórych naczyniach na eliksiry czy wywary zaczęły się pojawiać te mierniki, termometry. Być może to trochę mugolskie rozwiązanie, ale wole wiedzieć, ile stopni ma woda jak ją gotuję. Pierwszy prototyp był... – [/b] spojrzał wymownie na sufit, który wciąż był odrobinę przysmalony – dość wybuchowy, ale ten zdaje się działać dobrze. Naprawdę, jestem na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewien, że nie wybuchnie. – zapewnił, widocznie zadowolony z siebie i swojego prototypu numer dwa.
Dziwaczny czajnik zaczął odrobinę tyrpać na palenisku, gdy wskazówka na wbudowanym z przodu mierniku temperatury przesuwała się powoli od zera do stu.
Will spojrzał na swoją koszulę.
– Oh. – wyrwało mu się – Przepraszam i dziękuję. Trzeba było powiedzieć, dopiąłbym się. Jestem w okropnym nieładzie i ... – przerwał, bo czerwień zelżała, przybrała odcień barszczu rozrobionego sporą ilością śmietany.
– Nie wiem co dzisiaj jest ze mną, chyba się jeszcze nie dobudziłem. Widziałem je już czerwone, ale nie aż tak czerwone. A może to kwestia światła? – nie przeszkadzał mu dotyk, bo nie wiązał go z niczym intymnym, przynajmniej nie w pierwszym momencie oraz nie wtedy, gdy był tak bardzo zagubiony w swoim świecie.
– Mniejsza. Dam ci chociaż wody, jesteś pewny, że nie chcesz nic jeść? Kanapki robię lepiej niż zapinam guziki. – zaśmiał się w lekkim skrępowaniu i pokazał ręką kierunek, w którym mieli zmierzać, aby dotrzeć do kuchni.
Pomieszczenie nie było wcale takie duże, jak sugerowałby wcześniejszy hol z wysokim sklepieniem. Posiadało trzy pary drzwi – wychodzące na boczną część ogrodu, te główne, którym weszli oraz spiżarniane. Szafki wyglądały na nietknięte, ale wiszące przy suficie patelnie i garnki miały na sobie ślady użytkowania, w serwantce stojącej pod ścianą zamknięta była porcelanowa zastawa i szklane kieliszki. William sięgnął po filiżankę i pozwolił, aby drzwiczki mebla wróciły na swoje miejsce z delikatnym kliknięciem. Zamiast wyciągnąć różdżkę sięgnął po stojący na drewnianej podstawce, dziwacznie prezentujący się czajnik, aby wstawić go w palenisko. Te odrobinę dogasało, ale Lestrange nie marnował czasu i wykonał odpowiednie czynności, aby sprawić, że ciepło ognia wykona swoje zadanie.
Skinął głową na krzesła stojące przy stole. Na jego blacie stały pusty dzbanek wraz z kupką różnego rozmiaru i rodzaju talerzy.
– Zazwyczaj ymm Helen? Gosposia. Nie pamiętam, jak ma na imię, ostatnio musieliśmy zatrudnić nową, mało ja spotykam. – wyglądał na szczerze zmartwionego, że zapomniał imienia kobiety, ale zaraz przeszedł do dalszej części wypowiedzi - Zazwyczaj ona tu siedzi, więc staram się jej niczego nie przestawiać. – spojrzał na czajnik, którego dziwaczność miał zaraz zamiar wytłumaczyć.
– Może nie jest to jakieś wielkie odkrycie, ale ułatwia mi życie. – [b] wskazał palcem na wbudowany na przedzie przedmiotu miernik – Pijam zazwyczaj jaśminową herbatę, a przecież sam wiesz, że parzenie jej w stu czy dziewięćdziesięciu stopniach tylko psuje smak. W niektórych naczyniach na eliksiry czy wywary zaczęły się pojawiać te mierniki, termometry. Być może to trochę mugolskie rozwiązanie, ale wole wiedzieć, ile stopni ma woda jak ją gotuję. Pierwszy prototyp był... – [/b] spojrzał wymownie na sufit, który wciąż był odrobinę przysmalony – dość wybuchowy, ale ten zdaje się działać dobrze. Naprawdę, jestem na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewien, że nie wybuchnie. – zapewnił, widocznie zadowolony z siebie i swojego prototypu numer dwa.
Dziwaczny czajnik zaczął odrobinę tyrpać na palenisku, gdy wskazówka na wbudowanym z przodu mierniku temperatury przesuwała się powoli od zera do stu.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated