21.05.2024, 23:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.06.2024, 15:51 przez Atreus Bulstrode.)
Bulstrode nie przyszedł tutaj do pracy. Tak samo jak i nie pojawił się tutaj, żeby rozliczać Macmillana z jego życia poza Ministerstwem Magii. Alkohol i towarzystwo miłej wili były dla niego o wiele bardziej ciekawsze, nie wspominając już o tym, kto taki miał się pojawić na scenie, z której on przed chwilą zszedł. Wewnętrznie? Właśnie zastanawiał się czy jego drogi przyjaciel miał zamiar pojawić się na tej całej zabawie i wybrać swoją przyszłą partnerkę. Zewnętrznie? Właśnie z zadowoleniem upijał ognistej, znad szklanki spoglądając wesoło na Lorraine, na moment tylko przenosząc spojrzenie na Murtagha, który chyba był od całej tej atmosfery w Dziurawym wręcz chory.
- No cóż, zdarza się - rzucił tylko, kiedy towarzyszący im mężczyzna czym prędzej zniknął z zasięgu wzroku, chowając się w toaletach. Podchwyciwszy spojrzenie blondynki, które wróciło do niego, mrugnął tylko do niej wesoło i osuszył swoją własną szklankę do końca, jakby stawiając wyzwanie już nieobecnemu Murtaghowi. Ale co potrzebował, to odrobina pomocy w rozluźnieniu, bo zadawało mu się że wciąż czuje nieprzyjemny posmak eliksiru prawdy na języku.
Nie potrzebował jej uwag na temat tego, że po tego typu napitki w takich miejscach sięgać się nie powinno, ale nikt przecież na takie oficjalne wydarzenie nie przyniósłby prawdziwego Veritaserum. Odrobina samozaparcia i samoświadomości wystarczyła, by z łatwością ominąć wymuszane przez eliksir ograniczenia, jakby były co najwyżej sięgającymi kolan opłotkami.
- A ty co, jego matka? - zapytał, unosząc przy tym delikatnie brew, kiedy zaczęła z jakiegoś powodu usprawiedliwiać Macmillana. Absolutnie nie interesowało go, dlaczego tak właściwie tamten opuścił ich towarzystwo - dla niego nawet lepiej, bo nie musiał udawać, że specjalnie się nim w tym momencie interesował. W pewien sposób też, te słowa Malfoy drażniły go lekko, ale wynikało to z prostego faktu, że zawsze uważał te ich przyjaźń za pokraczną i właściwą dla blondynki - szukała oparcia dokładnie tam, gdzie nie powinna.
- Oh, moja droga - nie cofnął dłoni, ale ta mimowolnie drgnęła lekko, kiedy go dotknęła. Odruch, który w przypadku niektórych wżarł mu się głęboko pod skórę. Ciepło sączące się z jej skóry kusiło, ale jednocześnie jego kontrast do jego własnego zimna przypominał, jak wielu natychmiast cofało ręce. - To najlepszy żart, na jaki się ostatnio zdobyłem. - parsknął, wyraźnie rozbawiony jakimś niewypowiedzianym dowcipem. - Nie mam czasu na sowy samotnych mamusiek - bo zwyczajnie bardzo nie chciał, żeby wiążąca go z Brenną więź, zacisnęła się jej na żołądku bukietem kwiatów. - Ale Matthew? Jestem pewien, ze to prawdziwy pies na baby. Nie znajdziesz drugiego takiego kawalera w całym Londynie. Powinnaś go kiedyś poznać. Co prawda nie udało mi się go złapać na zapleczu, ale cholera, pewnie mógłby być mi bratem.
Jakimś szczęśliwym trafem rozminął się z Borginem za sceną, kiedy organizatorzy przepychali ich z jednej strony na drugą, pilnując podziału na grupki. Ale może to i lepiej; bo dzięki temu lekko przychodziło mu przekonanie, że Stanley za nic by się tutaj dzisiejszego dnia nie pojawił. A nawet jeśli, to przynajmniej ktoś zmienił mu tę jego piękną buźkę.
- No cóż, zdarza się - rzucił tylko, kiedy towarzyszący im mężczyzna czym prędzej zniknął z zasięgu wzroku, chowając się w toaletach. Podchwyciwszy spojrzenie blondynki, które wróciło do niego, mrugnął tylko do niej wesoło i osuszył swoją własną szklankę do końca, jakby stawiając wyzwanie już nieobecnemu Murtaghowi. Ale co potrzebował, to odrobina pomocy w rozluźnieniu, bo zadawało mu się że wciąż czuje nieprzyjemny posmak eliksiru prawdy na języku.
Nie potrzebował jej uwag na temat tego, że po tego typu napitki w takich miejscach sięgać się nie powinno, ale nikt przecież na takie oficjalne wydarzenie nie przyniósłby prawdziwego Veritaserum. Odrobina samozaparcia i samoświadomości wystarczyła, by z łatwością ominąć wymuszane przez eliksir ograniczenia, jakby były co najwyżej sięgającymi kolan opłotkami.
- A ty co, jego matka? - zapytał, unosząc przy tym delikatnie brew, kiedy zaczęła z jakiegoś powodu usprawiedliwiać Macmillana. Absolutnie nie interesowało go, dlaczego tak właściwie tamten opuścił ich towarzystwo - dla niego nawet lepiej, bo nie musiał udawać, że specjalnie się nim w tym momencie interesował. W pewien sposób też, te słowa Malfoy drażniły go lekko, ale wynikało to z prostego faktu, że zawsze uważał te ich przyjaźń za pokraczną i właściwą dla blondynki - szukała oparcia dokładnie tam, gdzie nie powinna.
- Oh, moja droga - nie cofnął dłoni, ale ta mimowolnie drgnęła lekko, kiedy go dotknęła. Odruch, który w przypadku niektórych wżarł mu się głęboko pod skórę. Ciepło sączące się z jej skóry kusiło, ale jednocześnie jego kontrast do jego własnego zimna przypominał, jak wielu natychmiast cofało ręce. - To najlepszy żart, na jaki się ostatnio zdobyłem. - parsknął, wyraźnie rozbawiony jakimś niewypowiedzianym dowcipem. - Nie mam czasu na sowy samotnych mamusiek - bo zwyczajnie bardzo nie chciał, żeby wiążąca go z Brenną więź, zacisnęła się jej na żołądku bukietem kwiatów. - Ale Matthew? Jestem pewien, ze to prawdziwy pies na baby. Nie znajdziesz drugiego takiego kawalera w całym Londynie. Powinnaś go kiedyś poznać. Co prawda nie udało mi się go złapać na zapleczu, ale cholera, pewnie mógłby być mi bratem.
Jakimś szczęśliwym trafem rozminął się z Borginem za sceną, kiedy organizatorzy przepychali ich z jednej strony na drugą, pilnując podziału na grupki. Ale może to i lepiej; bo dzięki temu lekko przychodziło mu przekonanie, że Stanley za nic by się tutaj dzisiejszego dnia nie pojawił. A nawet jeśli, to przynajmniej ktoś zmienił mu tę jego piękną buźkę.