W przeciwieństwie do swojego towarzysza Geraldine żyła bardzo intensywnie, ciągle. Brała od świata każdego dnia, to co miał jej do zaoferowania. Nie przejmowała się konsekwencjami, bo po co? Młodość rządziła się swoimi prawami, tego była pewna, jak nie teraz, to kiedy? Korzystała z każdej możliwej okazji, żeby czuć więcej i mocniej. Nie było to może szczególnie rozsądne, ale jakoś specjalnie się tym nie przejmowała. Powiadali, to nieokrzesanie, ten chaos, to jej urok, a ona zaczynała wierzyć w to, że może faktycznie ma to jakiś sens.
- Dopóki nie wyjęłaby swojego łuku i nie zaczęła strzelać do wilkołaków. - Miał to być żart, jej poczucie humoru było dosyć toporne, zresztą dopiero, gdy dotarło do niej, jak to brzmi złapała się na tym, że może nie powinna tego mówić na głos. Znała słodką tajemnicę Erika od dawna, zauważyła zmianę która w nim zaszła po jednych z wakacji, bo przed Yaxleyami przecież żaden potwór się nie ukryje.
- Geraldine Yaxley. - Wypadało chyba również przedstawić się konkretnie, żeby nie musiał jej tutaj dalej Artemidować, bo czuła się przez to nieco niepewnie. Nie przywykła do tego, aby ktoś przyrównywał ją do bóstwa, nawet wzbudziło to w niej pewną ciekawość, że stać go było na takie komplementy.
Wiedziała z kim ma do czynienia. Znała Morpheusa, ze słyszenia, pewnie bywali już nieraz w tych samych miejscach, nawet w tym samym czasie, jednak nigdy nie miała okazji poznać go bliżej. Szkoda, bo póki co wydawał się jej być interesującym człowiekiem, nieco nie pasującym do rzeczywistości, jakby oderwanym od tego świata. Czuła, że jest dosyć mocno uduchowiony, pewnie sugerowała się w tym też tym, co o nim słyszała. Te opinie pasowały do osoby, która przed nią siedziała. Nawet bardzo.
Przeniosła wzrok na palarnię, o której wspomniał, gdzie dostrzegła faktycznie spore stado kobiet. To nigdy nie była jej bajka. Szczebiotanie, sztuczne uśmiechy, rozmowy o niczym. Wolała chować się w cieniu, nie zwracać na siebie uwagi, tak było wygodniej. Wystarczyło tylko, że jej obecność była zauważona, dzięki temu nie zapominali o jej rodzinie. Obowiązek wykonany, oczywiście po najmniejszej linii oporu, ale kto by się tym przejmował.
- Niekoniecznie, czułabym się tam, jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce. - Na które one wszystkie patrzyłyby, jak na dziwadło. Wiedziała, że odstaje, że nie pasuje, nie zamierzała niepotrzebnie powodować niekomfortowych dla siebie sytuacji.
W oczach panny Yaxley pojawił się blask, przestały być przygaszone, a usta drgnęły w delikatnym uśmiechu. Nie miała pojęcia, czego powinna się spodziewać, jaką propozycję mógł mieć dla niej Morpheus Longbottom. On był wróżbitą, pewnie potrafiłby przewidzieć takie rzeczy. - Jak mniemam, ta propozycja to jedna z takich nie do odrzucenia? - Mógł już domyślić się, że czego tylko jej nie zaproponuje, to zapewne na to przystanie. Taka już była, pojawiała się okazja, a ona po nią sięgała.