23.05.2024, 09:28 ✶
Wspominając chwile spędzone w kuchni domku, do którego wyjechał na te z różnych powodów pamiętne wakacje, Flynn zaczerwienił się jeszcze mocniej, ale tamto wyobrażenie jakie miał w głowie szybko rozmyło się, kiedy został złapany za ręce. Dłonie zaciśnięte teraz na jego skórze były zupełnie inne - delikatne, nie budowały tego samego napięcia nawet mimo tego jak łatwo przyszło mu się skulić przy tej szafce kuchennej. Czuł się mniejszy niż zwykle, jednocześnie Laurent nie był kimś, przy kim mógłby poczuć się całkowicie uległy.
- P-powiedziałem ci, że zawsze do niego wrócę. Chciałbyś mieć kogoś, kto nie do-otrzymuje takich obietnic? - Chciałby mieć dla niego jakieś dobre wieści, coś kojącego serce, ale miał dla niego tylko to - przykry fakt, że to nie jemu złożył tę obietnicę. - I znasz odpowiedź na to pytanie, Laurent. To, że kocham mocno, nie znaczy, że jestem łatwy do kochania. - Powiedział mu to tam... wtedy, w tym łóżku. Ale najwyraźniej jak każdy potraktował to jako żart. Nie było łatwo go kochać, a to przecież męczyło. Po jakimś czasie wszyscy chcieli od niego odpocząć. Odkrywali, że można być w relacji przynoszącej spokój, a nie wieczną sinusoidę skrajnych nastrojów demolującą ich życie. Docierało do nich jak przyjemny mógł być seks, po którym nie czułeś się zniszczonym. - Mogę być twoim psem, ale to nie znaczy, że będę posłuszny i nie przegryzę łańcucha. Wiesz... - Splótł ze sobą ich palce, bo bał się, że Laurent pod wpływem tych słów ucieknie. Niby nie mógł go zatrzymać, ale mógł przynajmniej dać znać, że tego nie chce. - Lubię to jak na mnie patrzysz. Lubię słuchać o tych pierdołach, które opowiadasz. Lubię cię, jak się uśmiechasz i jak płaczesz. Lubię to nawet mimo tego, że dostrzegam pod tą pierzyną twojej osobowości coś, co mnie przeraża. Coś zdolnego do zdarcia sobie gardła od darcia się, żeby wymusić ułożenie wszystkiego na swoim miejscu, ale... - Nabrał więcej powietrza, trochę jakby się dławił, ale okazało się, że żeby to powiedzieć potrzebował jeszcze kilku długich sekund. - Prawda jest taka, że ja uginam się pod cudzym wpływem tylko na tyle, w jakim stopniu na to pozwolę. - Nawet próbując spełniać cudze zachcianki żył według własnych zasad. Rozciągał dane mu zadania tak, aby wpisywały się chociaż minimalnie w jego kulawy system wartości. - Myślisz, że nad śmiercią da się zapanować? - Oh, bardzo mu się to nie spodobało, bo to brzmiało jak ciągoty do magii, która go odrzucała. - Ktoś - Fontaine oczywiście - kto powiedział mi to dziesięć lat temu ma dzisiaj wszystko, czego chciał oprócz mnie. Zgadnij dlaczego. - Mimo widocznego na jego twarzy dyskomfortu wciąż się nie odsunął. Zamiast tego bawił się biżuterią, jaką Laurent nosił na palcach. - Daj mi jakiś pierścionek. Taki, który dobrze ci się nosi. Oddam ci go szybko.
Sam nie zauważył, kiedy zaczął szeptać. To było na początku, czy przy końcu tej wypowiedzi? Ostatnie zdanie na pewno wypowiedział szeptem, a resztę... Pewnie tym łamliwym głosem brzmiącym, jakby zaraz miał się gdzieś schować.
- P-powiedziałem ci, że zawsze do niego wrócę. Chciałbyś mieć kogoś, kto nie do-otrzymuje takich obietnic? - Chciałby mieć dla niego jakieś dobre wieści, coś kojącego serce, ale miał dla niego tylko to - przykry fakt, że to nie jemu złożył tę obietnicę. - I znasz odpowiedź na to pytanie, Laurent. To, że kocham mocno, nie znaczy, że jestem łatwy do kochania. - Powiedział mu to tam... wtedy, w tym łóżku. Ale najwyraźniej jak każdy potraktował to jako żart. Nie było łatwo go kochać, a to przecież męczyło. Po jakimś czasie wszyscy chcieli od niego odpocząć. Odkrywali, że można być w relacji przynoszącej spokój, a nie wieczną sinusoidę skrajnych nastrojów demolującą ich życie. Docierało do nich jak przyjemny mógł być seks, po którym nie czułeś się zniszczonym. - Mogę być twoim psem, ale to nie znaczy, że będę posłuszny i nie przegryzę łańcucha. Wiesz... - Splótł ze sobą ich palce, bo bał się, że Laurent pod wpływem tych słów ucieknie. Niby nie mógł go zatrzymać, ale mógł przynajmniej dać znać, że tego nie chce. - Lubię to jak na mnie patrzysz. Lubię słuchać o tych pierdołach, które opowiadasz. Lubię cię, jak się uśmiechasz i jak płaczesz. Lubię to nawet mimo tego, że dostrzegam pod tą pierzyną twojej osobowości coś, co mnie przeraża. Coś zdolnego do zdarcia sobie gardła od darcia się, żeby wymusić ułożenie wszystkiego na swoim miejscu, ale... - Nabrał więcej powietrza, trochę jakby się dławił, ale okazało się, że żeby to powiedzieć potrzebował jeszcze kilku długich sekund. - Prawda jest taka, że ja uginam się pod cudzym wpływem tylko na tyle, w jakim stopniu na to pozwolę. - Nawet próbując spełniać cudze zachcianki żył według własnych zasad. Rozciągał dane mu zadania tak, aby wpisywały się chociaż minimalnie w jego kulawy system wartości. - Myślisz, że nad śmiercią da się zapanować? - Oh, bardzo mu się to nie spodobało, bo to brzmiało jak ciągoty do magii, która go odrzucała. - Ktoś - Fontaine oczywiście - kto powiedział mi to dziesięć lat temu ma dzisiaj wszystko, czego chciał oprócz mnie. Zgadnij dlaczego. - Mimo widocznego na jego twarzy dyskomfortu wciąż się nie odsunął. Zamiast tego bawił się biżuterią, jaką Laurent nosił na palcach. - Daj mi jakiś pierścionek. Taki, który dobrze ci się nosi. Oddam ci go szybko.
Sam nie zauważył, kiedy zaczął szeptać. To było na początku, czy przy końcu tej wypowiedzi? Ostatnie zdanie na pewno wypowiedział szeptem, a resztę... Pewnie tym łamliwym głosem brzmiącym, jakby zaraz miał się gdzieś schować.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.