22.05.2024, 08:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.05.2024, 08:16 przez Christopher Rosier.)
Nigdy nie musiał martwić się o pieniądze. Nie zaznał fizycznej pracy: nawet takimi rzeczami, jak sprzątaniem zajmował się skrzat, a posiłki Christopher zazwyczaj jadał w dobrych restauracjach lub Catherine przynosiła mu coś do Domu Mody, gdy nie chciał odrywać się od zajęć. Jego ręce były dłońmi artysty, trzymającymi ołówek, kredki, ewentualnie igłę (choć i tę zwykle wprawiał w ruch różdżką). Nie nosiły ciężarów. Pokłóciłby się z nią jednak pewnie okropnie, gdyby usłyszał, że nie pracuje, bo pracował przecież sporo, czasem całe noce nie wychodząc z pracowni, w szale twórczym albo goniony terminami.
Miał jednak bez wątpienia ten ogromny przywilej, że mógł pracować ile chciał, kiedy chciał i dla kogo chciał. Był bogaty z urodzenia, a zarabiał dość, by nie pracować choćby całe życie.
- Nigdy - potwierdził, uśmiechając się do niej, też trochę prowokacyjnie, bo przecież też celowo trochę prowokował. Nie próbował jej wprawdzie osaczyć, gdy się pochylał nie odcinał drogi ucieczki, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to nie jest niewinny gest.
Wrócił z butelką szampana i przesunął wzrokiem najpierw po swojej cennej pracowni i rozsianych wszędzie szkicach, później po Millie, wyciągniętej na jego biurku. Pracownika oczywiście za takie zachowanie wyrzuciłby pewnie przez okno, tutaj nie zgłosił pretensji: sam ją tu zaprosił, sam przesunął pewne granice, oferując tego szampana.
- Trunek podany, milady Moody. A może sir Moody? - zapytał, odrobinę kpiąco, podając jej szklankę, rzecz jasna taką odpowiednią do szampana, i to jeszcze sygnowaną znakiem róży Rosierów. Drobiazgi, przypominające, jak bardzo różne potrafiły być te dwa światy, oddzielone od siebie zaledwie o parę kroków. Zerknął krótko na jej szkic, po czym sam też porwał jeden ze swoich notatników i opadł na fotel, z notatnikiem i ołówkiem w jednej dłoni, z szampanem w drugiej. – Nie próbuj podglądać – uprzedził jeszcze, nim upił łyk szampana, a potem zaczął szkicować. Czy było to niegrzeczne? Może. Ale ona pierwsza zaczęła, poza tym chciała zobaczyć, jak pracuje, prawda?
Nie potrzebował wiele czasu, zwłaszcza że jeden projekt miał już niejako w głowie, drugi powstawał na bieżąco, a to były szkice zaledwie. Christopher właściwie głównie to robił przez całe życie: rysował i upominał materiały na manekinach czy kobiecym ciele. Spędzał na tym długie godziny, tak jak ona na patrolach, a w szkole przez wiele przedmiotów prześlizgiwał się raczej niż faktycznie je zdawał, bardziej zainteresowany własnym szkicem z boku pergaminu niż treścią wypracowania. Próżnie uważał, że gdyby chciał zostać artystą malarzem, tworzyłby najpiękniejsze dzieła sztuki. Malował zresztą czasem, ale bardziej dla rozrywki niż czegokolwiek innego: jego pasja leżała zupełnie gdzieś indziej.
– Suknia kruka – powiedział w końcu, jakiś czas później posyłając ku niej zaklęciem jeden ze szkiców. – Ale muszę przyznać, że sam widzę cię w innych strojach. Wcale nie potrzebujesz strojnych piór i wielu ozdób, Mildred – dodał, i kolejny rysunek, tym razem przedstawiający ją samą, pomknął ku Moody. – Proste kroje i dobre materiały wystarczą, twoje oczy i twarz zrobią całą resztę.
Uwielbiał strojne suknie i fantastyczne ozdoby, ale nie tylko takie miały znaczenie. Christopher nie miał jednego, bardzo charakterystycznego stylu swoich projektów: za szybko się nudził, za bardzo lubił eksperymentować. Kluczem było dobranie odpowiedniej sukni dla odpowiedniej dziewczyny – lub odpowiedniej dziewczyny do odpowiedniej sukni…
Miał jednak bez wątpienia ten ogromny przywilej, że mógł pracować ile chciał, kiedy chciał i dla kogo chciał. Był bogaty z urodzenia, a zarabiał dość, by nie pracować choćby całe życie.
- Nigdy - potwierdził, uśmiechając się do niej, też trochę prowokacyjnie, bo przecież też celowo trochę prowokował. Nie próbował jej wprawdzie osaczyć, gdy się pochylał nie odcinał drogi ucieczki, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to nie jest niewinny gest.
Wrócił z butelką szampana i przesunął wzrokiem najpierw po swojej cennej pracowni i rozsianych wszędzie szkicach, później po Millie, wyciągniętej na jego biurku. Pracownika oczywiście za takie zachowanie wyrzuciłby pewnie przez okno, tutaj nie zgłosił pretensji: sam ją tu zaprosił, sam przesunął pewne granice, oferując tego szampana.
- Trunek podany, milady Moody. A może sir Moody? - zapytał, odrobinę kpiąco, podając jej szklankę, rzecz jasna taką odpowiednią do szampana, i to jeszcze sygnowaną znakiem róży Rosierów. Drobiazgi, przypominające, jak bardzo różne potrafiły być te dwa światy, oddzielone od siebie zaledwie o parę kroków. Zerknął krótko na jej szkic, po czym sam też porwał jeden ze swoich notatników i opadł na fotel, z notatnikiem i ołówkiem w jednej dłoni, z szampanem w drugiej. – Nie próbuj podglądać – uprzedził jeszcze, nim upił łyk szampana, a potem zaczął szkicować. Czy było to niegrzeczne? Może. Ale ona pierwsza zaczęła, poza tym chciała zobaczyć, jak pracuje, prawda?
Nie potrzebował wiele czasu, zwłaszcza że jeden projekt miał już niejako w głowie, drugi powstawał na bieżąco, a to były szkice zaledwie. Christopher właściwie głównie to robił przez całe życie: rysował i upominał materiały na manekinach czy kobiecym ciele. Spędzał na tym długie godziny, tak jak ona na patrolach, a w szkole przez wiele przedmiotów prześlizgiwał się raczej niż faktycznie je zdawał, bardziej zainteresowany własnym szkicem z boku pergaminu niż treścią wypracowania. Próżnie uważał, że gdyby chciał zostać artystą malarzem, tworzyłby najpiękniejsze dzieła sztuki. Malował zresztą czasem, ale bardziej dla rozrywki niż czegokolwiek innego: jego pasja leżała zupełnie gdzieś indziej.
– Suknia kruka – powiedział w końcu, jakiś czas później posyłając ku niej zaklęciem jeden ze szkiców. – Ale muszę przyznać, że sam widzę cię w innych strojach. Wcale nie potrzebujesz strojnych piór i wielu ozdób, Mildred – dodał, i kolejny rysunek, tym razem przedstawiający ją samą, pomknął ku Moody. – Proste kroje i dobre materiały wystarczą, twoje oczy i twarz zrobią całą resztę.
Uwielbiał strojne suknie i fantastyczne ozdoby, ale nie tylko takie miały znaczenie. Christopher nie miał jednego, bardzo charakterystycznego stylu swoich projektów: za szybko się nudził, za bardzo lubił eksperymentować. Kluczem było dobranie odpowiedniej sukni dla odpowiedniej dziewczyny – lub odpowiedniej dziewczyny do odpowiedniej sukni…