22.05.2024, 08:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.05.2024, 13:10 przez Millie Moody.)
rzemiosło 0:
Rzut T 1d100 - 33
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut T 1d100 - 59
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Leżała na biurku i szkicowała, choć nie były to zdecydowanie próby skopiowania jego strojów, czy stanięcie w szranki z nim i licytowanie się kto ciekawszą rzecz zaprojektuje. Mógł być tego pewien, ponieważ jej szkice nie zawierały ani grama ubrań na sobie, a drugi był trochę lepszy od pierwszego, kompletnie pobazgranego w gniewie, choć widać było spod gniewnych kresek pierwotny zamysł.
![[Obrazek: ff508fbcd21131402fac2ef96e355217.jpg]](https://i.pinimg.com/564x/ff/50/8f/ff508fbcd21131402fac2ef96e355217.jpg)
Początkowo nawet go nie zauważyła, nie zwróciła uwagi, że wszedł do środka, że miał dla niej szampana, po którego przecież tu przyszła. Skupiona na pracy, starała się wydobyć detal z lotek, nawet jeśli męskie ciało pozostało tylko w kółkach i kwadratach lekko zarysowane.
– Wszystko mi jedno – mruknęła w odpowiedzi skupiona na szkicu, choć łaskotanie bombelków po podniebieniu na moment ją otrzeźwiło. Zaraz potem wlała w siebie szampana, jakby był podrasowaną, słodzoną wodą gazowaną i oblizała wargi by nie stracić tej słodyczy. – Następnym razem przyniosę Ci trochę mojej karmelówki. Jestem ciekawa, czy też tak łatwo Ci wejdzie jak mi Twoje bombelki eleganciku. – trochę było tak, że chciała wypić, bo rysunek ją ściągał do siebie, myśli trudno było uczesać, wyprofilować, by prowadzić jakąś rozmowę. Z wielka ulgą przyjęła fakt, że sam wziął szkicownik, że nie musieli rozmawiać, a każde zajęło się swoim... projektem. To było dziwne. To było niezwykłe. To było miłe.
W końcu gdy podał jej swoje rysunki przypatrzyła im się z zainteresowaniem, choć nie dało się ukryć, że prostota i biel drugiej zaciekawiła ją bardziej. Jej twarz długo nie zdradzała myśli, tego że metafory pognały, o kanwie, o punkcie wyjścia, białej karcie, ale też o niewinności, której nikt by w niej nigdy nie zobaczył. Nikt kto ją znał. Suknia, kawałek materiału, nagle burzył i układał od nowa narrację o kimś. Wytrącał z równowagi. Niepokoił zestawieniem kontrastów.
– Dobrze. – powiedziała nagle, zachrypnięta, dziwnie zmieszana. Zsunęła nogi ze stołu i stanęła przed nim podnosząc nań wyczekujące złociste ślepia, jak kot ze śmietnika, któremu zaproponowano tłustą makrelę, a ręka która to zrobiła zamiast bić, głaskała po głowie. A potem zdjęła przez głowę swoją grantową bluzkę w piękne żaglówki, zupełnie jakby zamierzała inicjować coś więcej, coś dalej... Tymczasem odwróciła się do niego plecami i zagarniając kaskadę czerni pokazała mu piękny rozłożysty piorun zdobiący jej lewy bark, ciągnący się aż do lędźwi. – Chciałabym, żeby był w całości widoczny.