Nie było w jego pytaniu za grosz inteligencji, ale ta odzywka kuzyna i tak spowodowała, że się nieco speszył. Rumieńce wykwitnęły na jego twarzy, a rozproszona uwaga wszystkimi bodźcami, jakie dostarczało otoczenie, skupiła się na osobie, na które może powinien skupić się od samego początku - na kuzynie, który zdawał się tutaj coś wiedzieć. Cokolwiek. Nie miał na to żadnej bystrej odpowiedzi, mózg tego nie przetworzył - zostało takie dopatrywanie się rzeczywistość, kiedy nic nie zgadzało się ze stanem obecnym. Rzeczywistość kontra rzeczywistość. Obwinianie Basiliusa za ten krótki komentarz nawet nie przyszło mu do głowy w obliczu szoku znalezieniem się w ruinach.
Zrobił delikatny krok, żeby zejść butami, które z jakiegoś powodu miał na sobie, z tych szmat, na których leżał. Już mu się nie podobał ten zapach, jakim by przesiąknięty, bo wcale nie było to lawendowe mydło, jakim został poczęstowany wczorajszego wieczoru. To była ta woń starości. Gnuśniałości, bo przecież pod gołym niebem te skóry i koce nie miały szans się nie psuć. O tyle dobrze, że były suche. Gruz zarzęził pod podeszwami, więc przesunął nogę - kawałki pozostałości z cegły, która nieco zgniotła się pod ciężarem jego ciała, nawet jeśli dużo nie ważył. Ogromna ilość piaski i ziemi, kły trawy dookoła niego wstające dopiero na baczność po zimie - to wszystko było surrealne. Tutaj były przecież deski, nawet nie skrzypiały pod jego nogami, a krok dalej i byłby na dywanie, który wiódł przez korytarz do schodów. Teraz go nie było - ani śladu po drewnie... nie, jest ślad. Zbutwiałe deski pomiędzy wysokimi chwastami bujanymi przez wiatr.
Szkoda, że nie mam świec. Nie lubił wywoływania duchów. Naprawdę nie znosił kontaktów z zaświatami, komunikowania się ze zmarłymi. Żałował w zasadzie, że poświęcił na to czas edukacji i że dał się wychwycić. Choć ta zdolność czasami już pomogła to i tak nie lubił się tym chwalić, więc i niewielu wiedziało, że był w stanie to zrobić. Ale teraz żałował. Bo jeśli to nie było duchy, to tak jak też powiedział Basilius: jeśli to nie pan Binns to co? Coś, co nie chciało ich skrzywdzić. A może chciało? Tylko z jakiegoś powodu im się nie udało? Abraksany wychwyciły ślepiami, że dwójka mężczyzn już się podniosła i trochtem skierowały się w ich stronę, a Laurent obserwując poczynania kuzyna sam odwrócił się w kierunku swoich ubrań i rzeczy. Wszystko wydawało się dokładnie takim, jak je zostawił. Były czyste, świeżo wyprane, zero śladu po brudzie, wczorajszym deszczu. Tylko zapachy wokół i natura potwierdzały, że naprawdę padało.
Już otworzył usta, żeby powiedzieć Basiliusowi, że nie ma potrzeby, bo na pewno nic mu nie jest. Potem zmienił zdanie i chciał zażartować, że przecież wcale nie jest delikatny. W trzeciej wersji odpowiedzi zażartował z tego, że upartość to cecha rodzinna Prewettów - żaden z nich nie potrafił przegrywać. Żadnej z tych wersji nie wypowiedział. Uśmiechnął się za to łagodnie - tylko tak mdło. Tylko i wyłącznie dlatego, że chociaż kuzyn go w tym momencie rozczulił i lubił to poczucie, że ktoś o niego dba, to znajdowanie się w tym miejscu wcale nie napełniało optymizmem i nie zachęcało do nadmiernego rozczulania się.
- Chyba mieliśmy do czynienia z jakimś fenomenem duchowym. - Albo jakąś klątwą, takich nie brakowało. Może tutaj żyły dusze rodziny, której na zawsze dane było odgrywać ten sam dzień w kółko? Burza, tajemnicze odwiedziny... i potem rodzinny dramat. Z tym, że tym razem pominęli dramat. Ten komentarz z jego strony pewnie nie był potrzebny, zazwyczaj ludzie nie lubili wypowiadanych oczywistości, ale Laurent niekoniecznie funkcjonował naprawdę zdrowo w tym momencie. Szok był odrobinę za duży. - Ciekawe jak my to wszystko wyjaśnimy...