22.05.2024, 13:51 ✶
Było mu źle, bardzo źle, ale też wiedział, że absolutnie i totalnie nie ma sił. Na szczęście. Klątwa nie miała szans się tu wedrzeć, znał, potrafił rozpoznać jej pierwsze objawy, energetyczne wibracje przechodzące przez żyły. Teraz był spokój i smutek. Poczucie winy dociążające go bardziej niż cielsko oponenta, z którym przed momentem toczyli bój.
– Ja... jestem animagiem i jestem tym niedźwiedziem o którym gadają. Nie wiedziałem, że w Dolinie jest nas dwóch– mówił szczerze, bo i tak nie potrafił kłamać, jedynie zatajać lecz tu nie było nic do zatajenia. – Chciałem przepłoszyć go, bałem się, że... że mógłby coś zrobić tym, którzy mnie znają i wiedzą, że nigdy nie zrobiłbym krzywdy. – Mabel, mała słodka Mabel mogłaby się pomylić. Mogłaby myśleć, że to Pan Sam i ufnie podejść prosząc o kolejną przejażdżkę. Wzdrygnął się na myśl o przegryzionej dziewczyneczce, o smudze krwi rozlanej po fioletowych wrzosach. To nie byłaby prawda. To nie był dziki niedźwiedź. To był Nikolai, ten który troszczył się o Suzie. Który zajął tutaj jego miejsce, w domu Vlada. A Vlad zawsze był dobry dla Sama. Troszczył się o swoje stado, ale tolerował go na swoim terenie.
Samuel odetchnął próbując odtworzyć walkę, zrozumieć czemu w ustach pamiętał wciąż metaliczny posmak krwi.
– Chyba... chyba w połowie zapomnieliśmy, ciało... ciało przejęło kontrolę. Pogryźliśmy się bardzo. Czy nic mu nie jest? Ja... ja nie pamiętam dobrze, ale...– wciąż czuje jego krew na ustach. To nie było prawdziwe, twarz miał czystą, też zdał sobie sprawę, że jest w innych ubraniach. Czystych ubraniach. – W końcu on pierwszy przemienił się w człowieka – bo przecież nie powrócił do ludzkiej formy. Każda forma była ich wyjściową, prawda? – I chciał mnie spętać magiczną liną, a wtedy ja... ja też się przemieniłem i kłóciliśmy się jeszcze a potem, a potem... – umilkł gdy odtwarzany ciąg wydarzeń poprowadził go do uścisku, do kojących dłoni na swoich plecach, do zapachu, którego uczył się, by nigdy nie popełnić tego samego błędu. Krwi miał mało a jednak policzki go zapiekły od tego wspomnienia. Dziwnego poczucia przynależności, choć przecież obaj urodzili się tak daleko od siebie. – To nie była wina Niko, to ja... to moja wina. To ja go sprowokowałem, widząc że w Kniei jest niedźwiedź przywołałem go do starcia i szarżowałem. Vlad proszę, nie odsyłaj go. Suzie go lubi, ona nie polubiłaby kogoś, kto nie ma czystego i szlachetnego serca. – prosił starszego mężczyznę, nie mogąc przebić się przez jego intencje, bojąc się, że ów incydent sprawi, że wuj przestanie ufać swojemu krewniakowi.
– Ja... jestem animagiem i jestem tym niedźwiedziem o którym gadają. Nie wiedziałem, że w Dolinie jest nas dwóch– mówił szczerze, bo i tak nie potrafił kłamać, jedynie zatajać lecz tu nie było nic do zatajenia. – Chciałem przepłoszyć go, bałem się, że... że mógłby coś zrobić tym, którzy mnie znają i wiedzą, że nigdy nie zrobiłbym krzywdy. – Mabel, mała słodka Mabel mogłaby się pomylić. Mogłaby myśleć, że to Pan Sam i ufnie podejść prosząc o kolejną przejażdżkę. Wzdrygnął się na myśl o przegryzionej dziewczyneczce, o smudze krwi rozlanej po fioletowych wrzosach. To nie byłaby prawda. To nie był dziki niedźwiedź. To był Nikolai, ten który troszczył się o Suzie. Który zajął tutaj jego miejsce, w domu Vlada. A Vlad zawsze był dobry dla Sama. Troszczył się o swoje stado, ale tolerował go na swoim terenie.
Samuel odetchnął próbując odtworzyć walkę, zrozumieć czemu w ustach pamiętał wciąż metaliczny posmak krwi.
– Chyba... chyba w połowie zapomnieliśmy, ciało... ciało przejęło kontrolę. Pogryźliśmy się bardzo. Czy nic mu nie jest? Ja... ja nie pamiętam dobrze, ale...– wciąż czuje jego krew na ustach. To nie było prawdziwe, twarz miał czystą, też zdał sobie sprawę, że jest w innych ubraniach. Czystych ubraniach. – W końcu on pierwszy przemienił się w człowieka – bo przecież nie powrócił do ludzkiej formy. Każda forma była ich wyjściową, prawda? – I chciał mnie spętać magiczną liną, a wtedy ja... ja też się przemieniłem i kłóciliśmy się jeszcze a potem, a potem... – umilkł gdy odtwarzany ciąg wydarzeń poprowadził go do uścisku, do kojących dłoni na swoich plecach, do zapachu, którego uczył się, by nigdy nie popełnić tego samego błędu. Krwi miał mało a jednak policzki go zapiekły od tego wspomnienia. Dziwnego poczucia przynależności, choć przecież obaj urodzili się tak daleko od siebie. – To nie była wina Niko, to ja... to moja wina. To ja go sprowokowałem, widząc że w Kniei jest niedźwiedź przywołałem go do starcia i szarżowałem. Vlad proszę, nie odsyłaj go. Suzie go lubi, ona nie polubiłaby kogoś, kto nie ma czystego i szlachetnego serca. – prosił starszego mężczyznę, nie mogąc przebić się przez jego intencje, bojąc się, że ów incydent sprawi, że wuj przestanie ufać swojemu krewniakowi.