22.05.2024, 13:53 ✶
- Ludzie się zmieniają, a ja nie widziałam go już od jakiegoś czasu. Lepiej znam jego siostrę, nie chciałaby, żebym go tak tutaj zostawiła - wyjaśniła Brenna. Dawne przyjaźnie czasem odnowić było łatwo, jakby przerwa w kontaktach nigdy nie nastąpiła, czasem wkradały się pomiędzy ludzi tysiące drobnych spraw, a czasem okazywało się, że druga osoba zmieniła się nie do poznania. – Nic mi nie jest, po prostu jakbym… była trochę skonfundowana. Jeśli mnie trafiło, to i nic dziwnego, że on może dziwacznie się zachowywać.
Jeśli była gdzieś na wakacjach z Thoranem Yaxleyem, to oczywiste, że byli bliskimi znajomymi, ale teraz, gdy poprosił o transportowanie tych krzeseł, naprawdę nie była pewna, co o tym wszystkim myśleć.
- I jak? W sklepie coś widziały? - zapytała, ledwo się oddaliły. Zresztą krzeseł nie zamierzała dźwigać, po prostu wprawiła je w ruch różdżką, rzucając proste zaklęcie i pociągnęła sznurem za sobą, by wdrapać się po schodach. – Chętnie zapytam tego przyjaciela, jak to dokładnie wyglądało z tym umówieniem się… – dodała jeszcze, zerkając przez ramię na Thorana. Czy podejrzewała go o jakieś cuda niewidy? Nie, chociaż widok tego popijanego radośnie piwa sugerował, że trochę sobie tutaj robił z niej żarty, ale przede wszystkim nie podobało się jej, że doszło tu do jakiejś bójki i kradzieży, a ona miała sprawę ot tak zostawić. Nawet nie chodziło o to, że zakładała, że Yaxley tę potyczkę spowodował: wystarczyło, że do niej doszło. Chociaż historia o tym, jak to nic nie widział i nic nie wie, a oberwał przecież z pięści w twarz, nie wydawała się jej zbyt wiarygodna.
Zapukała do drzwi na właściwym piętrze i po chwili te uchyliły się lekko.
– Tak? – spytał mężczyzna, który im otworzył, wyraźnie niepewnie: obie w końcu miały na sobie mundury.
– Pan Yaxley prosił o dostarczenie państwu krzeseł…
– Pan Yaxley? – zdumiał się szczerze człowiek. – Przepraszam, ale nie znam żadnego z Yaxleyów, słyszałem o nich tylko. I krzesła? Jakie krzesła?
– Przepraszam. Zdaje się, że pomyliłyśmy mieszkanie – odparła Brenna, dość szybko pojmując, że najwyraźniej „pan Yaxley” postanowił zwyczajnie zrobić jej na złość. Odwróciła się, nie dając po sobie poznać choćby odrobiny złości, a krzesła ponownie uniosły się, wprawione w ruch jej zaklęciem, gdy ruszała na dół. Dość szybko, bo łatwo było się domyśleć, że te krzesła nigdy nie miały tu trafić. – Albo naprawdę mocno jebnął się w głowę, albo postanowił się zabawić. Nie wiem, co mu odjebało w ostatnich miesiącach, ale na pewno mocno się mu poprzestawiało.
Przecież gdyby pamiętała, że robił takie rzeczy, nie zgodziłaby się nieść nigdzie żadnych, cholernych krzeseł.
Jeśli była gdzieś na wakacjach z Thoranem Yaxleyem, to oczywiste, że byli bliskimi znajomymi, ale teraz, gdy poprosił o transportowanie tych krzeseł, naprawdę nie była pewna, co o tym wszystkim myśleć.
- I jak? W sklepie coś widziały? - zapytała, ledwo się oddaliły. Zresztą krzeseł nie zamierzała dźwigać, po prostu wprawiła je w ruch różdżką, rzucając proste zaklęcie i pociągnęła sznurem za sobą, by wdrapać się po schodach. – Chętnie zapytam tego przyjaciela, jak to dokładnie wyglądało z tym umówieniem się… – dodała jeszcze, zerkając przez ramię na Thorana. Czy podejrzewała go o jakieś cuda niewidy? Nie, chociaż widok tego popijanego radośnie piwa sugerował, że trochę sobie tutaj robił z niej żarty, ale przede wszystkim nie podobało się jej, że doszło tu do jakiejś bójki i kradzieży, a ona miała sprawę ot tak zostawić. Nawet nie chodziło o to, że zakładała, że Yaxley tę potyczkę spowodował: wystarczyło, że do niej doszło. Chociaż historia o tym, jak to nic nie widział i nic nie wie, a oberwał przecież z pięści w twarz, nie wydawała się jej zbyt wiarygodna.
Zapukała do drzwi na właściwym piętrze i po chwili te uchyliły się lekko.
– Tak? – spytał mężczyzna, który im otworzył, wyraźnie niepewnie: obie w końcu miały na sobie mundury.
– Pan Yaxley prosił o dostarczenie państwu krzeseł…
– Pan Yaxley? – zdumiał się szczerze człowiek. – Przepraszam, ale nie znam żadnego z Yaxleyów, słyszałem o nich tylko. I krzesła? Jakie krzesła?
– Przepraszam. Zdaje się, że pomyliłyśmy mieszkanie – odparła Brenna, dość szybko pojmując, że najwyraźniej „pan Yaxley” postanowił zwyczajnie zrobić jej na złość. Odwróciła się, nie dając po sobie poznać choćby odrobiny złości, a krzesła ponownie uniosły się, wprawione w ruch jej zaklęciem, gdy ruszała na dół. Dość szybko, bo łatwo było się domyśleć, że te krzesła nigdy nie miały tu trafić. – Albo naprawdę mocno jebnął się w głowę, albo postanowił się zabawić. Nie wiem, co mu odjebało w ostatnich miesiącach, ale na pewno mocno się mu poprzestawiało.
Przecież gdyby pamiętała, że robił takie rzeczy, nie zgodziłaby się nieść nigdzie żadnych, cholernych krzeseł.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.