22.05.2024, 14:10 ✶
- To ten moment, w którym w teorii mam wybór, ale tak naprawdę nie mam wyboru, prawda? - zapytała z udawaną rezygnacją, bo ostatecznie nie pracowałaby w Brygadzie, gdyby absolutnie nie umiała interpretować cudzych zachowań, min i tonu. A ten ton Basiliusa był naprawdę bardzo wymowny. Nie miała najmniejszej ochoty na jakieś ziołowe paskudztwo wzmacniające, ale to on był tutaj uzdrowicielem, on ją połatał i nie próbował jej przekonać, że powinna wziąć tydzień wolnego, mogła więc zastosować się do zalecenia wypicia odpowiedniej herbatki. Chociaż w tę obietnicę, że nie będzie smakowała jak trawa nie wierzyła ani trochę bardziej niż w to, że ostrze zostanie wyciągnięte na trzy. – Dzięki.
Zamyśliła się na moment nad naleśnikiem. Ktoś mógłby pomyśleć, że kontempluje dziwność swojego życia i splotu wydarzeń, które sprawiły, że jadła tutaj to śniadanie, ale tak naprawdę Brenna rzadko zastanawiała się nad tymi rzeczami. W tej chwili usiłowała oszacować, na ile długi był „związek” Erika i Francesci.
– Niestety, dałam się dźgnąć, bo jestem bardzo głupia i jak wytrąciłam różdżkę, straciłam czujność, zwłaszcza że złodziej był drobny i zdawał się ledwo żywy po biegu – przyznała samokrytycznie. – A co do tego, ile byli razem, to zależy, kogo spytać. Poszli na randkę, sama w sobie chyba nie wypadła źle, ale po niej… no Erik mówił, że jest natarczywa. I z tydzień czy dwa później zerwał z nią znajomość. Ona chyba uważała, że nie wiem, stanęłam mu na drodze z mieczem Gryffindora w ręku i zabroniłam się z nią spotykać albo coś, żeby w domu nie pojawiła się nowa pani albo coś takiego. Tak dla jasności, nie zrobiłam tego. Świetne naleśniki – oświadczyła, dość płynnie przechodząc z tematu na temat, zanim zjadła ostatni kęs naleśnika z talerza. Wyszły mu faktycznie bardzo smaczne, a Brenna rozpieszczana kuchnią Malwy czy deserami Nory Figg, chociaż niby nie była wybredna, potrafiła to ocenić całkiem dobrze.
– Jeśli jesteś klątwołamaczem i nic nie wyczuwasz, to chyba po prostu niczego nie ma. To wszystko… to po prostu przypadki. Przecież nawet te daty są jednak trochę różne – uspokoiła go Brenna, która wprawdzie była skłonna uwierzyć w bardzo wiele, ale jednak trudno było jej uwierzyć w klątwę, która sprawiałaby, że przytrafiały się im złe rzeczy w dziwne daty. – Uwierzę w klątwę, jeśli w kolejny piątek trzynastego znowu będę potrzebowała pomocy medycznej w dziwnej sprawie. Albo gdzieś nas zamkną. Masz tutaj kalendarz? – spytała, rozglądając się, wprawdzie nie od końca przekonana, ale gotowa sprawdzić, kiedy mogą się spodziewać kolejnej „pechowej daty”. – Też bardzo się cieszę, że na was wpadłam. Chyba cieszyłabym się samolubnie nawet, gdyby Francesca nie była wariatką, bo jednak fajnie, jak ktoś udzieli ci pomocy medycznej, kiedy cię dźgnięto nożem – przyznała Brenna, wracając do niego spojrzeniem i posyłając mu pogodny uśmiech. Można było powiedzieć, że wcale nie miała pecha: miała trochę szczęścia, bo przeżyła, prawda?
Zamyśliła się na moment nad naleśnikiem. Ktoś mógłby pomyśleć, że kontempluje dziwność swojego życia i splotu wydarzeń, które sprawiły, że jadła tutaj to śniadanie, ale tak naprawdę Brenna rzadko zastanawiała się nad tymi rzeczami. W tej chwili usiłowała oszacować, na ile długi był „związek” Erika i Francesci.
– Niestety, dałam się dźgnąć, bo jestem bardzo głupia i jak wytrąciłam różdżkę, straciłam czujność, zwłaszcza że złodziej był drobny i zdawał się ledwo żywy po biegu – przyznała samokrytycznie. – A co do tego, ile byli razem, to zależy, kogo spytać. Poszli na randkę, sama w sobie chyba nie wypadła źle, ale po niej… no Erik mówił, że jest natarczywa. I z tydzień czy dwa później zerwał z nią znajomość. Ona chyba uważała, że nie wiem, stanęłam mu na drodze z mieczem Gryffindora w ręku i zabroniłam się z nią spotykać albo coś, żeby w domu nie pojawiła się nowa pani albo coś takiego. Tak dla jasności, nie zrobiłam tego. Świetne naleśniki – oświadczyła, dość płynnie przechodząc z tematu na temat, zanim zjadła ostatni kęs naleśnika z talerza. Wyszły mu faktycznie bardzo smaczne, a Brenna rozpieszczana kuchnią Malwy czy deserami Nory Figg, chociaż niby nie była wybredna, potrafiła to ocenić całkiem dobrze.
– Jeśli jesteś klątwołamaczem i nic nie wyczuwasz, to chyba po prostu niczego nie ma. To wszystko… to po prostu przypadki. Przecież nawet te daty są jednak trochę różne – uspokoiła go Brenna, która wprawdzie była skłonna uwierzyć w bardzo wiele, ale jednak trudno było jej uwierzyć w klątwę, która sprawiałaby, że przytrafiały się im złe rzeczy w dziwne daty. – Uwierzę w klątwę, jeśli w kolejny piątek trzynastego znowu będę potrzebowała pomocy medycznej w dziwnej sprawie. Albo gdzieś nas zamkną. Masz tutaj kalendarz? – spytała, rozglądając się, wprawdzie nie od końca przekonana, ale gotowa sprawdzić, kiedy mogą się spodziewać kolejnej „pechowej daty”. – Też bardzo się cieszę, że na was wpadłam. Chyba cieszyłabym się samolubnie nawet, gdyby Francesca nie była wariatką, bo jednak fajnie, jak ktoś udzieli ci pomocy medycznej, kiedy cię dźgnięto nożem – przyznała Brenna, wracając do niego spojrzeniem i posyłając mu pogodny uśmiech. Można było powiedzieć, że wcale nie miała pecha: miała trochę szczęścia, bo przeżyła, prawda?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.