22.05.2024, 15:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.05.2024, 15:50 przez Florence Bulstrode.)
Florence była jedną z najstarszych z pokolenia, a w dodatku obdarzoną zrównoważonym charakterem i całkiem sporą dawką rozsądku - zwłaszcza gdy porównywało się ją z krewnymi ze strony matki. W jej przypadku granica między towarzyszką zabaw a opiekunką zacierała się, a Florence często wchodziła w rolę tej drugiej, zwłaszcza wobec brata i kuzynostwa młodszego o kilka lat. Jednocześnie nie będąc rodzicem ani osobą dużo starszą, nie krzyczała na nich, nawet w przeszłości rzadko wymierzała kary - najbardziej dotkliwą było bodaj przeczytanie referatu na temat niebezpieczeństw korzystania z magicznych przedmiotów niewiadomego pochodzenia i napisanie jego streszczenia - a wraz z tym, jak dorastali, nie naciskała już nawet na wyjaśnienia. Przynajmniej jak długo uważała, że sami wiedzieli, co głupiego zrobili.
Bywała nadopiekuńcza, wiedziała o tym i przynajmniej próbowała opanowywać te zapędy. Choćby po to, by nie zaczęli przed nimi uciekać. Starała się dać im przestrzeń i może dlatego Laurent, który zawsze uważał, że robi innym problem, i Atreus, który z kolei bardzo nie lubił przyznawać, że z czymś nie da sobie rady sam, czasem byli skłonni po tę pomoc do niej przyjść.
Łatała więc rozbite nosy, uprzejmie odprawiała szalone dziewczyny, znajdowała ulubione pióra i zbierała półprzytomnych kuzynów ogłoszonych martwymi z podłogi.
- Kiedy zdążyłeś zrobić dyplom magimedycyny? Przegapiłam ten moment - oświadczyła, pochylając się nad nim i oczywiście rzucając odpowiednie zaklęcie. Tym razem miał rację, kość była cała, za to naczynka krwionośne popękały i naprawdę niewiele brakowało. - Jeśli tak to zostawimy, do rana spuchniesz. Nie mogę dopuścić, żeby ktoś zrobił ci zdjęcie i potem twierdził, że numer cztery na liście najbardziej pożądanych kawalerów o siebie nie dba - prychnęła Florence, odsuwając się od niego i ruszając do jednej z szafek. Zestaw podręcznych eliksirów trzymała zarówno w kuchni, jak i w swoim salonie oraz torbie uzdrowiciela. Starannie odmierzyła łyżeczkę i podała ją Atreusowi.
- Pij do dna - oświadczyła, po czym machnęła różdżką. Zaklęcie miało natychmiast zmniejszyć opuchliznę i poskładać naczynka, a zaaplikowany eliksir: utrwalić ten efekt i zagwarantować, że skoro świt Bulstrode nie zacznie znowu krwawić. – Ach. Przegrałeś z nią w karty.
Przecież nie posłuchałby matki ot tak po prostu, a sama matka nie przegapiłaby okazji do zrobienia z tego drobnego zakładu.
– To bardzo miło z twojej strony, że zechciałeś zadbać o równe szanse i najwyraźniej walczyłeś z nim na klęczkach – powiedziała, rzucając mu spojrzenie, które wyraźnie świadczyło o tym, że nie wierzy w ani jedno jego słowo. Joker nigdy nie uderzyłby żadnego z nich, a poza tym sięgał Atreusowi tak mniej więcej do pasa.
Musiała go później spytać, czy ktoś do nich wpadł albo czy Atreus wyszedł. Mroziła ją myśl o tym, że to Orion mógłby uderzyć Atreusa. On podniósłby rękę na brata tylko, gdyby ten zrobił coś strasznego: tak strasznego, że Florence nie mogła sobie nawet wyobrazić, co to miałoby być. Napadnięcie magicznego przedszkola i zarżnięcie małych czarodziejów? (Nie że podejrzewała Atreusa, że byłby w stanie zrobić coś takiego, po prostu nie sądziła, że coś mniejszego kalibru doprowadziłoby Oriona do rękoczynów wobec brata.)
– Pokaż – zażądała, wyciągając ku niemu własną dłoń, bo wyłapała spojrzenie, jakie skierował na wnętrze ręki.
Bywała nadopiekuńcza, wiedziała o tym i przynajmniej próbowała opanowywać te zapędy. Choćby po to, by nie zaczęli przed nimi uciekać. Starała się dać im przestrzeń i może dlatego Laurent, który zawsze uważał, że robi innym problem, i Atreus, który z kolei bardzo nie lubił przyznawać, że z czymś nie da sobie rady sam, czasem byli skłonni po tę pomoc do niej przyjść.
Łatała więc rozbite nosy, uprzejmie odprawiała szalone dziewczyny, znajdowała ulubione pióra i zbierała półprzytomnych kuzynów ogłoszonych martwymi z podłogi.
- Kiedy zdążyłeś zrobić dyplom magimedycyny? Przegapiłam ten moment - oświadczyła, pochylając się nad nim i oczywiście rzucając odpowiednie zaklęcie. Tym razem miał rację, kość była cała, za to naczynka krwionośne popękały i naprawdę niewiele brakowało. - Jeśli tak to zostawimy, do rana spuchniesz. Nie mogę dopuścić, żeby ktoś zrobił ci zdjęcie i potem twierdził, że numer cztery na liście najbardziej pożądanych kawalerów o siebie nie dba - prychnęła Florence, odsuwając się od niego i ruszając do jednej z szafek. Zestaw podręcznych eliksirów trzymała zarówno w kuchni, jak i w swoim salonie oraz torbie uzdrowiciela. Starannie odmierzyła łyżeczkę i podała ją Atreusowi.
- Pij do dna - oświadczyła, po czym machnęła różdżką. Zaklęcie miało natychmiast zmniejszyć opuchliznę i poskładać naczynka, a zaaplikowany eliksir: utrwalić ten efekt i zagwarantować, że skoro świt Bulstrode nie zacznie znowu krwawić. – Ach. Przegrałeś z nią w karty.
Przecież nie posłuchałby matki ot tak po prostu, a sama matka nie przegapiłaby okazji do zrobienia z tego drobnego zakładu.
– To bardzo miło z twojej strony, że zechciałeś zadbać o równe szanse i najwyraźniej walczyłeś z nim na klęczkach – powiedziała, rzucając mu spojrzenie, które wyraźnie świadczyło o tym, że nie wierzy w ani jedno jego słowo. Joker nigdy nie uderzyłby żadnego z nich, a poza tym sięgał Atreusowi tak mniej więcej do pasa.
Musiała go później spytać, czy ktoś do nich wpadł albo czy Atreus wyszedł. Mroziła ją myśl o tym, że to Orion mógłby uderzyć Atreusa. On podniósłby rękę na brata tylko, gdyby ten zrobił coś strasznego: tak strasznego, że Florence nie mogła sobie nawet wyobrazić, co to miałoby być. Napadnięcie magicznego przedszkola i zarżnięcie małych czarodziejów? (Nie że podejrzewała Atreusa, że byłby w stanie zrobić coś takiego, po prostu nie sądziła, że coś mniejszego kalibru doprowadziłoby Oriona do rękoczynów wobec brata.)
– Pokaż – zażądała, wyciągając ku niemu własną dłoń, bo wyłapała spojrzenie, jakie skierował na wnętrze ręki.