Nie zapomniała.
Mimo to otworzyła nieco szerzej oczy — niewiele, żeby nie wyglądało to na teatralne i przerysowane, bo wtedy Elijah nie miałby problemu z przejrzeniem jej niewinnej gry — a jej wargi rozchyliły się na moment całkiem uroczo, tak jakby dopiero uwaga męża przypomniała jej o sprawie z opiekunkami. Jeśli ktokolwiek im się przyglądał, jeśli ktokolwiek słuchał; po samym wyrazie jej twarzy doszukałby się poczucia winy za to niedopatrzenie.
Umiała udawać.
Czasami odnosiła wrażenie, że to wszystko jest dla niej zbyt proste.
— Musiało mi wypaść z głowy, pewnie przez tą rozprawę — odpowiedziała, nie starając się już bardziej skruszyć swojej stalowej woli. Jeszcze jedna oznaka skruchy i Elijah domyśli się, że w ostatnich dniach głęboko w dupie ma sprawy domowe na czele z opiekunkami do dziecka. — Tak, były trzy kandydatki. Dziękuję, że się tym zająłeś — dodała po krótkiej pauzie, unosząc wzrok i wbijając go wprost w tęczówki męża.
Perfekcyjna kobieta i pani domu; perfekcyjnie wdzięczna za jeden obowiązek, który łaskawie ściągnięto jej z ramion, nie szczędząc później wymówek za tę odpowiedzialność. Sztuczna uprzejmość szczypała ją pod oczami i rozlewała goryczą po podniebieniu, spływała po plecach gęsią skórką obrzydzenia, ale Deborah w obecnej sytuacji — i ze swoją cholerną dumą — nie widziała innej opcji niż ciągnięcie tego przedstawienia.
Najwyraźniej wojownicze nastroje nie opuściły żadnego z nich.
Właśnie wtedy szczere zdziwienie kobiety wywołało następne pytanie jej męża. Ponieważ wyłamało się z tego zamkniętego schematu kłamliwej życzliwości, bo zakładało spędzenie większej ilości czasu niż absolutnie konieczna w swoim towarzystwie. Przez chwilę ważyła możliwości, doszukując się spodziewanego w prostym pytaniu drugiego dna. Żadnego nie znalazła
— i tylko z nagłym przygnębieniem zdała sobie sprawę, że wypatruje wroga w jedynej osobie, której ufała.
Która zawsze stała po jej stronie.
Którą szczerze kochała.
— Właściwie — zaczęła na wydechu, odkładając trzymaną w dłoni teczkę na blat biurka Nancy — to tak, mam czas. Właśnie skończyliśmy, a resztę mogę przełożyć na popołudnie. — Bo przecież nie na jutro. Zamierzała tu wrócić i nadrobić każdą minutę spędzoną na obiedzie z Elijahem.
Dopiero wtedy zdjęła ciężar spojrzenia z mężczyzny i wyminęła go bez słowa, żeby przejść do swojego stanowiska. Zerwała wełniany, biały płaszcz z wieszaka i zarzuciła sobie na ramiona, zerknęła jeszcze przelotnie na kalendarz, gdzie miała zapisane najważniejsze spotkania, żeby się upewnić, że nie zaniedba tym wyskokiem żadnego z nich. Jej protektora dzisiaj nie było, więc nie musiała się przed nikim usprawiedliwiać. Z torebką na ramieniu wróciła do Elijaha i tylko lekkim uniesieniem brwi dała mu znać, że jest gotowa.
Wyszli tradycyjnym wyjściem dla interesantów i chwilę później znaleźli się na londyńskiej ulicy pogrążonej w chaosie i wypełnionej spieszącymi się w każdym kierunku mugolami. Przecznicę dalej znajdowała się wykwintna restauracja, która dzięki rzuconym na budynek zaklęciom była niewidoczna dla mugoli. Państwo Burke przekroczyli jej próg chwilę później. Deborah odezwała się dopiero wtedy, kiedy zajęli miejsce przy stoliku.
— Po co naprawdę przyszedłeś po ministerstwa? — zapytała i zawiesiła na Elijahu wyczekujące spojrzenie.
Nie starała się już maskować chłodu i obojętności. Tutaj, na tyłach restauracji nie mogło dosięgnąć ich niepożądany wzrok współpracowników, przed którymi musiałaby udawać.
She was fragile like a bomb.