22.05.2024, 22:14 ✶
– Mm... Tak, jestem ich ogrodnikiem. Tak. – Nie myślał, że to zobowiązanie padnie, nie sądził że uwikła się tak mocno w zależność pracodawca - pracownik. Bee była jego przyjaciółką i nie było mu to w smak, że teraz będzie mu dawać wypłatę. Z drugiej strony, czy wolałby być gościem w Warowni? Zdecydowanie nie! Wtedy to dopiero czułby się winny, jak pasożyt, żerujący na dobroczynności dziewczynki, która przyłapała go przed laty na byciu krogulcem.
– Może kiedyś... może kiedyś się tam wybiorę, chociaż nie lubię takich sztuczek. Wolę widzieć rzeczy takimi jakie są. Nawet dla zabawy nie czuję się z tym najlepiej – przyznał, bo przecież była to prawda. Magię używał wyjątkowo oszczędnie, samej transmutacji nie traktował jako w ogóle czarownia, a naturalne zmienianie własnej lub cudzej formy. Czasem coś przyzwał, ale tak, to ufał swoim dłoniom i rzeczom, które nimi wykonał. To było... naturalne. Nawet jeśli był czarodziejem. Tak nauczyła go proza życia w Kniei.
Podniósł się i wyciągnął z drugiego pokoju wielkie szklane baniaki do których wrzucił jabłka, którymi zajmowali się nad ranem. Ufał, że Ula ogarnie wodę, tylko ten miód.
– Prawda? Powinien już wrócić. Wiesz co... pójdę i rozejrzę się za nim, a jak wrócimy to dokończymy. – Mimo że tak powiedział, to niewyszedło do razu. Zapatrzył się na moment w te jabłka, myślał o wodzie o cukrze, o procesie fermentacji. Myślał o tym, że tak właśnie pewnie działa przyjaźń, że różne elementy razem robią coś pięknego, coś nieoczekiwanego. – Ja lubię rozmawiać z Toba wiesz? Nawet na takie tematy trudne. Dobrze się przy Tobie czuje. – przyznał, patrząc się Polce prosto w oczy, a potem położył ciężką dłoń na głowie tego zahukanego jelonka i zmierzwił jej włosy.
– Zaraz będę z powrotem. – obiecał, po czym w kilku dużych i sprężystych krokach dotarł do drzwi chatki i wyszedł. To nie był koniec pracy i koniec rozmów na ten dzień, ale z pewnością etap, który wspólnie przeszli był ważny, a słowa powiedziane przez Brzęczyszczykiewicz, jeszcze tego samego dnia miały zebrać swoje żniwo, gdy miś po południowej drzemce kichnął i zniknął. Ale o tym, żadne z nich nie wiedziało, w końcu nie mieli trzeciego oka, aby to przewidzieć.
– Może kiedyś... może kiedyś się tam wybiorę, chociaż nie lubię takich sztuczek. Wolę widzieć rzeczy takimi jakie są. Nawet dla zabawy nie czuję się z tym najlepiej – przyznał, bo przecież była to prawda. Magię używał wyjątkowo oszczędnie, samej transmutacji nie traktował jako w ogóle czarownia, a naturalne zmienianie własnej lub cudzej formy. Czasem coś przyzwał, ale tak, to ufał swoim dłoniom i rzeczom, które nimi wykonał. To było... naturalne. Nawet jeśli był czarodziejem. Tak nauczyła go proza życia w Kniei.
Podniósł się i wyciągnął z drugiego pokoju wielkie szklane baniaki do których wrzucił jabłka, którymi zajmowali się nad ranem. Ufał, że Ula ogarnie wodę, tylko ten miód.
– Prawda? Powinien już wrócić. Wiesz co... pójdę i rozejrzę się za nim, a jak wrócimy to dokończymy. – Mimo że tak powiedział, to niewyszedło do razu. Zapatrzył się na moment w te jabłka, myślał o wodzie o cukrze, o procesie fermentacji. Myślał o tym, że tak właśnie pewnie działa przyjaźń, że różne elementy razem robią coś pięknego, coś nieoczekiwanego. – Ja lubię rozmawiać z Toba wiesz? Nawet na takie tematy trudne. Dobrze się przy Tobie czuje. – przyznał, patrząc się Polce prosto w oczy, a potem położył ciężką dłoń na głowie tego zahukanego jelonka i zmierzwił jej włosy.
– Zaraz będę z powrotem. – obiecał, po czym w kilku dużych i sprężystych krokach dotarł do drzwi chatki i wyszedł. To nie był koniec pracy i koniec rozmów na ten dzień, ale z pewnością etap, który wspólnie przeszli był ważny, a słowa powiedziane przez Brzęczyszczykiewicz, jeszcze tego samego dnia miały zebrać swoje żniwo, gdy miś po południowej drzemce kichnął i zniknął. Ale o tym, żadne z nich nie wiedziało, w końcu nie mieli trzeciego oka, aby to przewidzieć.
Koniec sesji