Zabawne, albo tragiczne, było to, że nie oczekiwał nawet od niego tych wszystkich słów, obietnic, tych... wyznań, jakie Flynn potrafił z siebie wyrzucić. Jego zdaniem - całkowicie niepotrzebnych. Fałszywych. Prawdziwe było może rzeczywiście tylko to, że wróci. Że kochał? Tak, pewnie kochał - dokładnie to samo, co kochali wszyscy wokół, kiedy kochali. Albo kiedy kochali to kochali dokładnie tak, jak można kochać przyjaciółkę, z którą czasami dasz sobie buzi i się przytulisz, żeby wasz dzień stał się fajniejszy. Jednak Flynn postanowił mu napakować głowę tymi wszystkimi słowami, które nie miały prawa pokrywać się z rzeczywistością. Bo dla Flynna był dokładnie tym, czym dla innych. Tym ślicznym chłopaczkiem, którego trzeba bronić. Gratulował prawie samemu sobie, że na to uważał i że nie wpadał w tę sieć - w końcu sam był pająkiem, wiedział, czym była tkana. Rozumiał te drgania. Rozumiał te manipulacje, chociaż nie wydawało mu się, że czarnowłosy robił je świadomie. Raczej wydawało mu się, że on czuł całym sobą i to, co czuł, wypluwał z siebie na bieżąco nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Nie żyjąc w przeszłości, nie patrząc w przyszłość - tkwiąc w tu i teraz.
- Tak, znam tą odpowiedź. A ty znasz? - Bo może też zapomniał, albo nie chciał wiedzieć, albo... cokolwiek miało się tam wydarzyć w tej głowie. Tylko ze to zupełnie nie o to chodziło. Nie o jego nastroje, nawet nie o to, że kochał kogoś jeszcze. Rozumiał, jak to jest dzielić serce i przeżywać jego zrywy - były częścią jego samego, były częścią tego, jak wiele i mocno czuł. Pierwsze pytanie potraktował jako pytanie, które samo się odpowiadało - przecież było oczywiste, tak? Ale Flynn potrzebował słów, więc postanowił, że nawet jeśli było retoryczne to nie pozwoli mu odpowiadać sobie samemu w głowie. - To, że ich dotrzymujesz, czyni cię piękniejszym. - Pogładził kciukiem jego dłonie, w końcu złożył je ze sobą, żeby zamknąć w tych swoich słabych rękach. I zaraz po tym ich palce zostały ze sobą splecione. Zacisnął je na ręku Flynna - żeby nie miał wątpliwości, że jest. Że przecież nie rozpłynie się w morską falę, jak niektórzy się tego obawiali. I słuchał. Dotykał jego skóry, przesuwał leciutko palcami. Patrzył na niego. Na osobę, która chyba uważała, że gotów był naprawdę z batem nad kimś stać... może byłby. Ale na pewno nie dziś, nie jutro i nie pojutrze. - Wiem o tym. - Wiedział? Zgadywał. Nie, nie zgadywał... czuł. Widział. Widział to w jego zachowaniu - w tym, że niektóre rzeczy chciał robić jak mały piesek, a w innych przypominał wściekłego wilka, który był odchowany w lasach i nie zapomniał, czym jest smak i ekscytacja polowań. Wiedział o tym, bo widział to nie raz. Rozumiał to i podobało mu się to. - Powiem ci coś, co mnie bardzo zawstydza. Co sprawia, że sobą gardzę, ale jest częścią mnie. Jak wiele aspektów, na które wolę nie patrzeć. - Włącznie z tym, o którym Crow mówił, że go przerażało. - Nudzę się ludźmi, którzy są plasteliną pod moimi palcami. - Kontrola miała wiele form. Laurent wiedział, że nie ma żadnej postury człowieka zdolnego zaskarbić sobie posłuch głosem czy wypiętą piersią. I wtedy Laurent zaczynał szukać czegoś nowego. Chyba dokładnie to samo, co działo się z New Forest. - Tą, której jesteś poddany, na pewno. - Uśmiechnął się w tych półcieniach świec, chociaż bardzo nikle. Niemal niezauważalnie.
Na moment zapanowała cisza po jego prośbie. Nawet wolałby, żeby nie nastąpiło po tym zapewnienie, że go szybko odda. Puścił ich dłonie, spojrzał na to mleko, które się gotowało i odstawił je na bok, żeby nie wykipiało.
- Wiem też, że jest ci przykro.- Przykro mi, Laurent. Bo to zawsze będzie "przykro mi, ALE mam kogoś innego". Było w tym wszystkim coś okropnie pustego. W Laurencie. Jego głos ciągle miał w sobie to ciepło, które oddawał Flynnowi, bo... bo sam nie wiedział, dlaczego. Just want to fit in. Już nie miał po prostu na to wszystko siły, już się wypłakał, ciągle miał czerwone oczy i ciągle ciężką głowę. - Chodź. - Złapał go za dłoń i zabrał do swojej sypialni, ale nie w niej się zatrzymał. Stuknął w ścianę sypialni, by otworzyć magiczną ścianę swojej garderoby. Bardzo dużej garderoby. Tam też stała toaletka z wielkim lustrem. Przysiadł przy niej i sięgnął po jedną ze szkatułek. Przez moment przeglądał jej zawartość - złoto, srebro, klejnoty. Dominowały barwy błękitu. W końcu wyciągnął jeden z nich i obrócił się do Flynna, żeby włożyć mu go w dłoń. - Proszę. Nie oddawaj mi go. - Obrócił się znów, by pozamykać szufladki tych ślicznych szkatułek. Wszystko warte było krocie. Pierścionek, choć drobny, w dłoni Flynna również. - I nie możesz być moim psem, Crow, bo nie jesteś psem. - Położył nacisk na ostatnie słowo, zamykając ostatnie wieczko. - Jesteś człowiekiem, który za dużo w życiu wycierpiał i potrzebuje miłości. - Wstał i obrócił się do niego.