26.12.2022, 13:43 ✶
- Wreszcie ktoś, kto rozumie, jak funkcjonuje Brygada Uderzeniowa – ucieszyła się jeszcze Brenna nim skończyła w formie czterołapej i – o zgrozo! – niemej. (W głębi serca, gdy próbowała przemiany w animaga, była praktycznie pewna, że skończy jako papuga. A tutaj czekała ją niespodzianka.) – To prawda. W aptece mogliby w ogóle tych włosów nie znaleźć, nawet jeżeli je mają. Musieliby przeszukać całe zaplecze i ostatecznie wziąć coś zupełnie innego.
Jako wilk Brenna węszyła, przechadzając się po całym sklepie. Zatrzymała na dłużej przy pudle z różdżkami, obwąchując je dość intensywnie. W pewnym momencie kichnęła, co wyglądało dość zabawnie, biorąc pod uwagę, że była całkiem sporym wilkiem.
- …eee. To znaczy. Michael. Michael Sadwick – przedstawił się Brygadzista, który akurat wyjrzał z zaplecza. Zerknął na Brennę w formie wilka trochę niepewnie, jakby nie wiedział, czy zrozumie go w takiej postaci. – Jest kawałek ubrania zaczepiony o gwóźdź z szafki, ale nie wiem, czy to ich, czy któregoś z właścicieli – poinformował, prezentując kawałek zielonego materiału.
Gdy pojawił się pan Ollivander, na powitanie zamerdała ogonem, po czym przysiadła na podłodze, wsłuchując, co ten miał do powiedzenia. Bez większego zaskoczenia. Florian nic nie widział, u Wrightów dalej zamknięte… Będzie musiała przejść się po domach, bo komuś mogło zdawać się, że nic nie widział, a jednak słyszał choćby jakieś dźwięki.
Pyknęło i na podłodze nie siedziała już wilczyca, a Brenna Longbottom, ze swoją różdżką w ręku. Uniosła ją zresztą, prezentując panu Ollivanderowi.
- Dokładnie. Bardzo dobrze służy, nieodmiennie od lat i pomogła wygrać niejeden pojedynek, jestem pewna, że wszystko to jej zasługa – pochwaliła się. Różdżka zresztą wyglądała na dość zadbaną: Brenna regularnie ją czyściła i raz nawet oddała do przeglądu. Aż się jej trochę smutno zrobiło, że wiele innych tego typu różdżek, które mogłyby tak dobrze służyć innym osobom, wspierając naturalne talenty do niektórych dziedzin magii, zostało potraktowanych w tak okropny sposób. – Chociaż będę musiała sprawić sobie zapasową, tak na wszelki wypadek.
Dźwignęła się na nogi i otrzepała ubranie.
– Prawdopodobnie dwie osoby. Powiedziałabym, że jedna to kobieta, chyba że mężczyzna z jakichś niezrozumiałych powodów postanowił spryskać się od stóp do głów nowymi perfumami dla pań z kolekcji Potterów. Zapach numer sześć, Wiosenne wariacje – oświadczyła, całkiem nieźle z tym konkretnym zapachem zaznajomiona, bo sama dostała buteleczkę w prezencie od babki z rodu Potterów. Wahała się przez moment, zerkając z jakichś względów z namysłem wypisanym na twarzy to na podłogę, to na mężczyzn. Mogli to robić po staremu, co będzie czasochłonne i być może się uda, a może nie. Mogła też przyspieszyć sprawę.
A ta myśl o różdżkach, zniszczonych, do niczego się nie nadających, jakoś ją poruszała…
– Fergus, panie Ollivander, mogłabym was prosić, żebyście na moment towarzyszyli panu Sadwickowi na zewnątrz? – poprosiła, obdarzając ich pogodnym uśmiechem. – Chcę wypróbować parę zaklęć, przy których obecność wielu osób może wywołać pewne… zakłócenia.
Jako wilk Brenna węszyła, przechadzając się po całym sklepie. Zatrzymała na dłużej przy pudle z różdżkami, obwąchując je dość intensywnie. W pewnym momencie kichnęła, co wyglądało dość zabawnie, biorąc pod uwagę, że była całkiem sporym wilkiem.
- …eee. To znaczy. Michael. Michael Sadwick – przedstawił się Brygadzista, który akurat wyjrzał z zaplecza. Zerknął na Brennę w formie wilka trochę niepewnie, jakby nie wiedział, czy zrozumie go w takiej postaci. – Jest kawałek ubrania zaczepiony o gwóźdź z szafki, ale nie wiem, czy to ich, czy któregoś z właścicieli – poinformował, prezentując kawałek zielonego materiału.
Gdy pojawił się pan Ollivander, na powitanie zamerdała ogonem, po czym przysiadła na podłodze, wsłuchując, co ten miał do powiedzenia. Bez większego zaskoczenia. Florian nic nie widział, u Wrightów dalej zamknięte… Będzie musiała przejść się po domach, bo komuś mogło zdawać się, że nic nie widział, a jednak słyszał choćby jakieś dźwięki.
Pyknęło i na podłodze nie siedziała już wilczyca, a Brenna Longbottom, ze swoją różdżką w ręku. Uniosła ją zresztą, prezentując panu Ollivanderowi.
- Dokładnie. Bardzo dobrze służy, nieodmiennie od lat i pomogła wygrać niejeden pojedynek, jestem pewna, że wszystko to jej zasługa – pochwaliła się. Różdżka zresztą wyglądała na dość zadbaną: Brenna regularnie ją czyściła i raz nawet oddała do przeglądu. Aż się jej trochę smutno zrobiło, że wiele innych tego typu różdżek, które mogłyby tak dobrze służyć innym osobom, wspierając naturalne talenty do niektórych dziedzin magii, zostało potraktowanych w tak okropny sposób. – Chociaż będę musiała sprawić sobie zapasową, tak na wszelki wypadek.
Dźwignęła się na nogi i otrzepała ubranie.
– Prawdopodobnie dwie osoby. Powiedziałabym, że jedna to kobieta, chyba że mężczyzna z jakichś niezrozumiałych powodów postanowił spryskać się od stóp do głów nowymi perfumami dla pań z kolekcji Potterów. Zapach numer sześć, Wiosenne wariacje – oświadczyła, całkiem nieźle z tym konkretnym zapachem zaznajomiona, bo sama dostała buteleczkę w prezencie od babki z rodu Potterów. Wahała się przez moment, zerkając z jakichś względów z namysłem wypisanym na twarzy to na podłogę, to na mężczyzn. Mogli to robić po staremu, co będzie czasochłonne i być może się uda, a może nie. Mogła też przyspieszyć sprawę.
A ta myśl o różdżkach, zniszczonych, do niczego się nie nadających, jakoś ją poruszała…
– Fergus, panie Ollivander, mogłabym was prosić, żebyście na moment towarzyszyli panu Sadwickowi na zewnątrz? – poprosiła, obdarzając ich pogodnym uśmiechem. – Chcę wypróbować parę zaklęć, przy których obecność wielu osób może wywołać pewne… zakłócenia.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.