- Wyryła mi się w głowie bardzo wyraźnie.
Myśl o byciu człowiekiem trudnym, wymagającym uwagi i cierpliwości. Którego wręcz nie dało się kochać bez przemilczenia pewnych rzeczy, bez powstrzymania się przed zadaniem konkretnych pytań, czego Prewett najwyraźniej nie potrafił zrobić. Ciężko było go kochać i ciężko było być przez niego kochanym, bo ciągle coś wymyślał, bo ciągle chciał gdzieś iść i coś robić, miał ochotę opowiadać o różnych rzeczach, ale kompletnie nie potrafił tego robić, bo wyciągał innych z ich stref komfortu, w jakich się zamykali, a nie zamykali się w nich bez powodu, bo pokazywał im jak odnaleźć innego siebie, a później potrafił zniknąć z dnia na dzień i miał wrażenie, że nigdy tego nie odpokutuje, więc nieustannie się tym zadręczał. Zawsze krzywy i nieidealny. Chciałby być takką plasteliną. Może gdyby był nienagannie takim, jakim od niego oczekiwano, to ten strach, że jutro każą mu się spakować (dobry żart, przecież poza kurtką i dosłownie jedną książką nie miał nic), albo do Fantasmagorii dotrze list o byciu zajętymzajętymZAJĘTYM przez kogoś innego, może... może to wszystko minie. Gdyby był taką plasteliną, gdyby dało się wygnieść w nim to, co chciało się mieć, przestałby w końcu żreć tyle słodyczy, jadłby normalnie, porzucił używki, ubierał się normalnie, a nie jakby chciał sprowokować wszystkich i wszystko, nie wyłączał się nagle i nie siedział cicho, bo nie miał już energii na socjalizację. Bycie ciekawym miało przecież swoje zalety, ale główną z nich wydawało się być to, że dało się znudzić nim później niż wcześniej, ale i tak w końcu się nim znudzisz, a on pozostanie wspomnieniem. Wspomnieniem, które nigdy nie przestało czuć. Psy też czuły, więc zamiast być czymś, co czuje... oh jak miło byłoby być czyjąś wyśnioną koncepcją. Kimś na swoim miejscu.
Ale on nie był taką plasteliną. Nie wiedział do końca, kim jest, ale zauważał przecież te rzeczy. Posiadanie w sobie więcej esencji, niż by chciał. Zasady, których nie potrafił dla niej złamać, bo brzydziłby się rąk splamionych krwią kogoś niewinnego. Jakaś taka beznadziejna potrzeba buntu. Zły gust. Zamiłowanie do słodkich smaków, do muzyki, do dziwnych opowieści. Do tłumaczenia sobie świata fizyką, bo pomagało mu to odnaleźć coś będącego zastępstwem bogów, w których nie wierzył. Miał głupie marzenia o wyjechaniu poza granice kraju jeszcze raz, o zobaczeniu na żywo czegoś takiego jak palma rosnąca dziko, przejechaniu się na kolejce górskiej, tylko musiał odłożyć na to pieniądze. Musiał, bo wiedział też bardzo wyraźnie jakich rzeczy nie lubił - jedną z nich był niepotrzebny przepych. W przeciwieństwie do Laurenta nie potrafiłby posiadać takiej szafy (?) pełnej błyskotek, kompletnie nie rozumiał, po co coś takiego gromadzić, nawet jeżeli nosił na ciele różne ozdoby. Rzeczy pokazywane mu przez Perseusa, cholernie drogie wina, jakie mu wtedy polewał - takie rzeczy miały swój urok, ale jednocześnie wydawały się tak obce. Tak jak on musiał się wydawać tym wszystkim rzeczom w ukrytej garderobie... Spoglądał na te przedmioty z takim samym zmieszaniem co one na niego.
- Czemu nie chcesz go z powrotem? - Prawdę mówiąc to nie wiedział, bo miałby z nim zrobić. Potrzebował dać Viorice jakiś rozmiar, tak? Pierścionki miały różne rozmiary. On by tego nawet nie wcisnął na swój palec. Stał za nim spokojnie, z podkulonym ogonem słuchając tego, że jednak nie mógł. - Szkoda. - Odparł cicho. - Lubiłem, jak mnie tak nazywałeś. - Nie pamiętał już nawet, kto pierwszy rzucił tą zaczepką, ale był na tyle uzależniony od pornografii i wyuzdany, że naprawdę mógłby leżeć na tym tarasie pod jego nogami. Leżeć i milczeć. - Łudziłem się, że dasz mi obrożę, a ty dajesz mi biżuterię. - Mógłbyś przynajmniej klęknąć, przeszło mu przez łeb, ale nie dodał tego głośno. Ostatnio... żarty o małżeństwie nie bawiły go tak bardzo. Przez ostatnio miał na myśli głównie wczorajszy dzień.
Miękkie teraz spojrzenie brązowych oczu było wlepione tylko i wyłącznie w Laurenta.
Myśl o byciu człowiekiem trudnym, wymagającym uwagi i cierpliwości. Którego wręcz nie dało się kochać bez przemilczenia pewnych rzeczy, bez powstrzymania się przed zadaniem konkretnych pytań, czego Prewett najwyraźniej nie potrafił zrobić. Ciężko było go kochać i ciężko było być przez niego kochanym, bo ciągle coś wymyślał, bo ciągle chciał gdzieś iść i coś robić, miał ochotę opowiadać o różnych rzeczach, ale kompletnie nie potrafił tego robić, bo wyciągał innych z ich stref komfortu, w jakich się zamykali, a nie zamykali się w nich bez powodu, bo pokazywał im jak odnaleźć innego siebie, a później potrafił zniknąć z dnia na dzień i miał wrażenie, że nigdy tego nie odpokutuje, więc nieustannie się tym zadręczał. Zawsze krzywy i nieidealny. Chciałby być takką plasteliną. Może gdyby był nienagannie takim, jakim od niego oczekiwano, to ten strach, że jutro każą mu się spakować (dobry żart, przecież poza kurtką i dosłownie jedną książką nie miał nic), albo do Fantasmagorii dotrze list o byciu zajętymzajętymZAJĘTYM przez kogoś innego, może... może to wszystko minie. Gdyby był taką plasteliną, gdyby dało się wygnieść w nim to, co chciało się mieć, przestałby w końcu żreć tyle słodyczy, jadłby normalnie, porzucił używki, ubierał się normalnie, a nie jakby chciał sprowokować wszystkich i wszystko, nie wyłączał się nagle i nie siedział cicho, bo nie miał już energii na socjalizację. Bycie ciekawym miało przecież swoje zalety, ale główną z nich wydawało się być to, że dało się znudzić nim później niż wcześniej, ale i tak w końcu się nim znudzisz, a on pozostanie wspomnieniem. Wspomnieniem, które nigdy nie przestało czuć. Psy też czuły, więc zamiast być czymś, co czuje... oh jak miło byłoby być czyjąś wyśnioną koncepcją. Kimś na swoim miejscu.
Ale on nie był taką plasteliną. Nie wiedział do końca, kim jest, ale zauważał przecież te rzeczy. Posiadanie w sobie więcej esencji, niż by chciał. Zasady, których nie potrafił dla niej złamać, bo brzydziłby się rąk splamionych krwią kogoś niewinnego. Jakaś taka beznadziejna potrzeba buntu. Zły gust. Zamiłowanie do słodkich smaków, do muzyki, do dziwnych opowieści. Do tłumaczenia sobie świata fizyką, bo pomagało mu to odnaleźć coś będącego zastępstwem bogów, w których nie wierzył. Miał głupie marzenia o wyjechaniu poza granice kraju jeszcze raz, o zobaczeniu na żywo czegoś takiego jak palma rosnąca dziko, przejechaniu się na kolejce górskiej, tylko musiał odłożyć na to pieniądze. Musiał, bo wiedział też bardzo wyraźnie jakich rzeczy nie lubił - jedną z nich był niepotrzebny przepych. W przeciwieństwie do Laurenta nie potrafiłby posiadać takiej szafy (?) pełnej błyskotek, kompletnie nie rozumiał, po co coś takiego gromadzić, nawet jeżeli nosił na ciele różne ozdoby. Rzeczy pokazywane mu przez Perseusa, cholernie drogie wina, jakie mu wtedy polewał - takie rzeczy miały swój urok, ale jednocześnie wydawały się tak obce. Tak jak on musiał się wydawać tym wszystkim rzeczom w ukrytej garderobie... Spoglądał na te przedmioty z takim samym zmieszaniem co one na niego.
- Czemu nie chcesz go z powrotem? - Prawdę mówiąc to nie wiedział, bo miałby z nim zrobić. Potrzebował dać Viorice jakiś rozmiar, tak? Pierścionki miały różne rozmiary. On by tego nawet nie wcisnął na swój palec. Stał za nim spokojnie, z podkulonym ogonem słuchając tego, że jednak nie mógł. - Szkoda. - Odparł cicho. - Lubiłem, jak mnie tak nazywałeś. - Nie pamiętał już nawet, kto pierwszy rzucił tą zaczepką, ale był na tyle uzależniony od pornografii i wyuzdany, że naprawdę mógłby leżeć na tym tarasie pod jego nogami. Leżeć i milczeć. - Łudziłem się, że dasz mi obrożę, a ty dajesz mi biżuterię. - Mógłbyś przynajmniej klęknąć, przeszło mu przez łeb, ale nie dodał tego głośno. Ostatnio... żarty o małżeństwie nie bawiły go tak bardzo. Przez ostatnio miał na myśli głównie wczorajszy dzień.
Miękkie teraz spojrzenie brązowych oczu było wlepione tylko i wyłącznie w Laurenta.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.