23.05.2024, 14:13 ✶
Pojawienie się tutaj Pazura było bardzo dziwne, ale nie absolutnie nieprawdopodobne. Od początku mieli nocować w domu Juliusów, zabierali rzeczy i środki czyszczące, zwierzak mógł więc choćby schować się gdzieś w jakiejś torbie i potem czmychnąć do biblioteki. Brenna zaprzestała więc walki z zasłonami, a kiedy Thomas panicznie zaczął prosić ją o pomoc, rzuciła się w jego kierunku, by paść na kolana przy kocie.
Chłód przeniknął kobietę, gdy dostrzegła nieruchome, kocie ciało. Mogłaby przysiąc, że śniadanie podeszło jej do gardła, a wspomnienie Salema samo wepchnęło się do głowy. Mrugnęła, odganiając od siebie tę natrętną wizję, Salem mruczący jej na kolanach, Salem przygnieciony przez belki po Beltane. To nie był Salem.
Ale to był Pazur i było źle.
Nie była lekarzem - ale widziała śmierć dostatecznie wiele razy, aby przeczuwać, że jest za późno. Mimo to wyciągnęła ręce ku kotu.
- Biegnij po... - zaczęła, bo nic już nie mogło zaszkodzić, mogli tu do licha spróbować eliksirów, sztucznego oddychania, czegokolwiek, byleby nie poddać się przynajmniej od razu. Ale nie zdążyła dokończyć tego zdania, bo zanim zdążyła dotknąć kota i sprawdzić, jak głęboka jest rana i czy na pewno przestał oddychać, futro zafalowało.
Kiedy Brenna pochyliła się nad Kapitanem Pazurem, jego kształt rozmył się i jej dłoń nie sięgnęła ku futerku, zlepionemu krwią, lecz spoczęła na kwiatach, ubabranych krwią, świeżo nadpalonych, jakby dopiero co ktoś je podpalił. Brenna zamarła, skonsternowana.
– Co do cholery? – zapytała, chyba nie tyle Thomasa, co raczej rzucając te słowa w niebyt. Nie była w stanie skojarzyć kwiatów z własnym strachem. Bo przecież to nie ich się bała: bała się powtórki Beltane i tego, że znowu zawiedzie.
Wiedziała jednak, że nie było już tutaj Pazura.
– Thomas, wstawaj – zażądała, szybko się ogarniając. Wypuściła kwiaty i poderwała się, chwytając Thomasa za ramię, chcąc odciągnąć go od biurka. Ulga, że koci towarzysz Figga jest najwyraźniej bezpieczny, mieszała się z niepokojem wobec tego, z czym mieli do czynienia.
Zwłaszcza że ledwo ona się odsunęła i to znów Thomas znalazł się bliżej istoty, ta znów zaczęła się zamieniać. I z ust Brenny wydobył się zdławiony okrzyk, bo teraz przy biurku nie było już ani kota, ani kwiatów: leżała tam martwa Mabel, w różowej, poplamionej krwią sukience.
Chłód przeniknął kobietę, gdy dostrzegła nieruchome, kocie ciało. Mogłaby przysiąc, że śniadanie podeszło jej do gardła, a wspomnienie Salema samo wepchnęło się do głowy. Mrugnęła, odganiając od siebie tę natrętną wizję, Salem mruczący jej na kolanach, Salem przygnieciony przez belki po Beltane. To nie był Salem.
Ale to był Pazur i było źle.
Nie była lekarzem - ale widziała śmierć dostatecznie wiele razy, aby przeczuwać, że jest za późno. Mimo to wyciągnęła ręce ku kotu.
- Biegnij po... - zaczęła, bo nic już nie mogło zaszkodzić, mogli tu do licha spróbować eliksirów, sztucznego oddychania, czegokolwiek, byleby nie poddać się przynajmniej od razu. Ale nie zdążyła dokończyć tego zdania, bo zanim zdążyła dotknąć kota i sprawdzić, jak głęboka jest rana i czy na pewno przestał oddychać, futro zafalowało.
Kiedy Brenna pochyliła się nad Kapitanem Pazurem, jego kształt rozmył się i jej dłoń nie sięgnęła ku futerku, zlepionemu krwią, lecz spoczęła na kwiatach, ubabranych krwią, świeżo nadpalonych, jakby dopiero co ktoś je podpalił. Brenna zamarła, skonsternowana.
– Co do cholery? – zapytała, chyba nie tyle Thomasa, co raczej rzucając te słowa w niebyt. Nie była w stanie skojarzyć kwiatów z własnym strachem. Bo przecież to nie ich się bała: bała się powtórki Beltane i tego, że znowu zawiedzie.
Wiedziała jednak, że nie było już tutaj Pazura.
– Thomas, wstawaj – zażądała, szybko się ogarniając. Wypuściła kwiaty i poderwała się, chwytając Thomasa za ramię, chcąc odciągnąć go od biurka. Ulga, że koci towarzysz Figga jest najwyraźniej bezpieczny, mieszała się z niepokojem wobec tego, z czym mieli do czynienia.
Zwłaszcza że ledwo ona się odsunęła i to znów Thomas znalazł się bliżej istoty, ta znów zaczęła się zamieniać. I z ust Brenny wydobył się zdławiony okrzyk, bo teraz przy biurku nie było już ani kota, ani kwiatów: leżała tam martwa Mabel, w różowej, poplamionej krwią sukience.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.