23.05.2024, 15:24 ✶
Florence była klątwołamaczką, uzdrowicielką, do pewnego stopnia badaczką - przynajmniej w zakresie klątwołamania. Klątwa była dla niej klątwą. Żadnym błogosławieństwem, darem, nie miała nic wspólnego z Knieją. Objawiłaby się u Samuela z powodu jego krwi, bo gdzieś pośród jego przodków znalazł się ktoś, kto dotknął posągu Wiliusa - może, tylko może, zamiast ziemi pojawiłby się inny żywioł, ale to na ile ten pojawiał się losowo, a na ile wynikał z charakteru nosiciela przekleństwa, nie było pewne.
Być może ta klątwa była błogosławieństwem w oczach matki chłopca, bo syn nie wyrwał się spod jej kontroli, Florence patrzyła jednak na nią jak na coś, co trzeba uspokoić i złamać.
- Jeśli zależy panu na opanowaniu ataków, proszę próbować - powiedziała krótko. Nie mogła sprawić, że Samuel stanie się mistrzem tej magii: mogła jedynie wskazać mu drogę, a już od niego zależało, jak daleko tą zajdzie. Od jego umiejętności, talentu, ale także determinacji.
- Zamiana w niedźwiedzia i niszczenie drzew to rzeczywiście nie jest zachowanie akceptowalne towarzysko - przytaknęła, wciąż niewzruszona, przynajmniej pozornie, mimo tego nieco dziwacznego wyznania, odnośnie dotychczasowych sposób radzenia sobie z klątwą. Samuel zresztą, zdaniem Florence przynajmniej, chyba nie pojmował za bardzo zasad towarzyskich obowiązujących zwykle wśród czarodziejów. Być może rzadko opuszczał Dolinę Godryka. – Jeżeli spotkam kogoś obarczonego żywiołem ziemi, przekażę mu, że chciałby się pan z nim spotkać. Na razie miałam okazję wyłącznie do kontaktu z osobami związanymi z błyskawicami oraz z wodą.
Ostatecznie klątwa żywiołów była rzadkością. Być może także dlatego, że w przeszłości jej przedstawiciele byli niebezpieczni dla siebie i otoczenia.
– Zapiszę dla pana tytuły, które polecam.
Nie zastanawiała się nawet, ile będzie w stanie z nich zrozumieć: to nie była jej sprawa. Zamierzała po prostu zanotować na pergaminie i tytuł absolutnie podstawowy, i nieco bardziej skomplikowany. Nie mogła zakładać, że był nieukiem czy głupcem, tylko z powodu tego, jak się prezentował, a skoro był jej pacjentem i prosił o informację, to właśnie takie dostanie.
– Wszelkie zapiski będą bez wątpienia przydatne. Na razie zaczęłabym od pobrania pańskiej krwi… – powiedziała Florence sięgając do swojej torby. Zamierzała zacząć od pobrania tej krwi właśnie, a potem wypytać Samuela McGonagalla o pierwszy atak żywiołów sprzed lat, o to, czy wiedział coś o podobnej przypadłości u swoich przodków, o ostatnie ataki.
I zanotować wszystko, co mogło być przydatne.
Być może ta klątwa była błogosławieństwem w oczach matki chłopca, bo syn nie wyrwał się spod jej kontroli, Florence patrzyła jednak na nią jak na coś, co trzeba uspokoić i złamać.
- Jeśli zależy panu na opanowaniu ataków, proszę próbować - powiedziała krótko. Nie mogła sprawić, że Samuel stanie się mistrzem tej magii: mogła jedynie wskazać mu drogę, a już od niego zależało, jak daleko tą zajdzie. Od jego umiejętności, talentu, ale także determinacji.
- Zamiana w niedźwiedzia i niszczenie drzew to rzeczywiście nie jest zachowanie akceptowalne towarzysko - przytaknęła, wciąż niewzruszona, przynajmniej pozornie, mimo tego nieco dziwacznego wyznania, odnośnie dotychczasowych sposób radzenia sobie z klątwą. Samuel zresztą, zdaniem Florence przynajmniej, chyba nie pojmował za bardzo zasad towarzyskich obowiązujących zwykle wśród czarodziejów. Być może rzadko opuszczał Dolinę Godryka. – Jeżeli spotkam kogoś obarczonego żywiołem ziemi, przekażę mu, że chciałby się pan z nim spotkać. Na razie miałam okazję wyłącznie do kontaktu z osobami związanymi z błyskawicami oraz z wodą.
Ostatecznie klątwa żywiołów była rzadkością. Być może także dlatego, że w przeszłości jej przedstawiciele byli niebezpieczni dla siebie i otoczenia.
– Zapiszę dla pana tytuły, które polecam.
Nie zastanawiała się nawet, ile będzie w stanie z nich zrozumieć: to nie była jej sprawa. Zamierzała po prostu zanotować na pergaminie i tytuł absolutnie podstawowy, i nieco bardziej skomplikowany. Nie mogła zakładać, że był nieukiem czy głupcem, tylko z powodu tego, jak się prezentował, a skoro był jej pacjentem i prosił o informację, to właśnie takie dostanie.
– Wszelkie zapiski będą bez wątpienia przydatne. Na razie zaczęłabym od pobrania pańskiej krwi… – powiedziała Florence sięgając do swojej torby. Zamierzała zacząć od pobrania tej krwi właśnie, a potem wypytać Samuela McGonagalla o pierwszy atak żywiołów sprzed lat, o to, czy wiedział coś o podobnej przypadłości u swoich przodków, o ostatnie ataki.
I zanotować wszystko, co mogło być przydatne.
Koniec sesji