Jej energia oświetlała jaśniejącym całunem z pewnością całą ulicę, jeśli nie więcej; uśmiech tańczył na wargach, zupełnie jakby te były przyzwyczajone jedynie do układania się w urokliwe grymasy. Zmarszczyła brwi, z drobnym przejęciem wpatrując się w osobę brata, nieomal naskórnie odczuwając jego żarzący się niepokój i bulgoczące pod skórą niepewności. Znała go na tyle, aby czytać jego postawę wręcz niebagatelnie doskonale; bo choć skupiona na swojej trwożącej w tempo karierze, rodzina grała dla niej pierwsze skrzypce i zapewne gdyby się dowiedziała, jakoby ktoś skrzywdził Williama, nie przebierałaby w środkach w żadnej mierze. Niezbrzydła zaklęciami niewybaczalnymi i czarną magią, którą przesiąknięty był ten demon, gdzieś głęboko lokujący się na dnie klatki piersiowej, była w stanie dokonywać aktów okrutnych i nieludzkich.
A jego przecież kochała miłością siostrzaną.
Z tęgiego namysłu wyrwała ją czysta proza codzienności, w której tym razem zostali zamknięci, w duecie o planach jasnych i klarownych – aby Eden nie musiała wstydzić się za wygląd Williama; Loretta wyrocznią modowych arkanów nie była, a pstrokaty gust mógł uchodzić za daleko odsunięty od stoickiej elegancji – poprzysięgła sobie jednak, aby wybrać jemu ubiór niejako stonowany, tak daleki jej barwnym, pawim koszulom.
W końcu fajnie by było, aby Eden mu nie powiedziała, że ubrał się jak pierwsza lepsza kurwa.
– ”Nie mam czasu” to w twoim dialekcie „nie mam ochoty” i zupełnie to rozumiem, któreś z nas musiało być aspołeczne – rzekła. – Popieram to oczywiście nauką samą w sobie – parsknęła, dociskając się mocniej do ramienia brata.
Wejście do sklepu było niepozorne, w swoich ścianach jednak, gościło ogrom różnorakich szat na większość okazji, które mógłby umysł opracować. Te rozpoczynały się na dziwnych i abstrakcyjnych, kończąc zaś na prostych, eleganckich barwach. Omiotła początkowo wnętrze, mrużąc delikatnie oczy, aby po chwili spojrzeć na Williama.
– Możemy iść na kompromis. Wybierz jedną rzecz, która ci się podoba, ja dobiorę resztę. Tylko na boga, nic pomarańczowego – rzuciła, przyglądając się bacznie krawatowi.
– Nie przestajesz mnie zaskakiwać – rzekła, a jej kąciki ust ponownie uniosły się nieznacznie. Rozpoznanie jednego z kluczowych elementów było ważne; nawet jeśli było to jedynym, co William potrafił nazwać z dozą pewności.