23.05.2024, 19:51 ✶
Jeśli szło o Brennę, to mimo tego, że nocą poltergeist próbował ją zabić i mrocznej posiadłości, czuła, że może polubić Księżycowy Staw. Nie umiała powiedzieć dlaczego - każdy powtarzał, że to marny zakup (i cóż, nie mogła się kłócić, że mogła wybrać lepiej, chociaż akurat pod względem położenia i ceny na pewno nie straciła), ale jej podobał się ten dom, duży, acz mniejszy od Warowni, zaniedbany ogród, drewniane parkiety, wielkie okna i szumiące poza murem drzewa.
Wróżba Morpheusa mogła więc nieść tutaj prawdę, jeżeli spojrzało się na nią pod tym względem.
- Samego w sobie egzorcystę byłabym w stanie znaleźć - westchnęła Brenna. Znała przecież Sebastiana, a i mogła szukać wśród innych Trelawneyów. - Ale problem polega na tym, że nie chcę, by ktoś poza Zakonem wiedział o tym miejscu. Ustawienie tu zabezpieczeń to miesiące pracy, więc jedynym, co nas teraz chroni, jest fakt, że nikt nie wie, że tu jesteśmy.
Obejrzała się na dom. Był nieźle zabezpieczony przed mugolami: nie zdołali dostać się do środka i go zrujnować przez lata, kłódki i okna dałoby się jednak otworzyć alohomorą, podobnie jak furtkę w murze. Jeśli o Księżycowym Stawie dowie się ktoś niepowołany, to miejsce przestanie być bezpieczne.
Ustawiła pudełko ze świecami na ławie, jak gdyby nigdy nic. Czuła zimno, a słowa Morpheusa dobitnie świadczyły o tym, że jednak nie musieli wywoływać ducha - samo przyjście na miejsce jego śmierci wystarczyło. Nie bała się jednak. Spędziła siedem lat w Hogwarcie, w zamku pełnym duchów. Przespała noc w domu Binnsów, by rano odkryć, że ludzie, z którymi spędziła wieczór, od dawna nie żyli. Całowała widmowy, niematerialny policzek małej dziewczynki z Czarnej Perły i klęczała w Kniei Godryka przed zapłakanym duchem chłopca. W podziemiach zrujnowanego zamku rozmawiała z Dylanem i Jasemin, których miłość sięgnęła nawet poza śmierć.
Nie trzeba było lękać się duchów: to żywi byli groźni.
Być może poprzedni lokatorzy umykali czy to przed poltergeistem, czy po napotkaniu tego bytu, ale oni byli bardziej zdeterminowani. I przede wszystkim, byli grupą osób, która współpracowała, a wtedy łatwiej było stawić czoła nawet najbardziej nawiedzonym domostwom.
– Mamy zamiar tutaj zostać – dorzuciła do słów wypowiedzianych przez wuja. – Znaleźliśmy różne rzeczy. Jeśli życzy pan sobie powiedzieć nam coś o swojej rodzinie, to najlepszy ku temu moment.
Przy wejściu do altany zamajaczyła widmowa sylwetka, teraz, w promieniach słońca, ledwo widoczna. To był ten sam mężczyzna, którego Morpheus spotkał nocą: starsza wersja Ignasia Juliusa z portretu przy schodach.
Wróżba Morpheusa mogła więc nieść tutaj prawdę, jeżeli spojrzało się na nią pod tym względem.
- Samego w sobie egzorcystę byłabym w stanie znaleźć - westchnęła Brenna. Znała przecież Sebastiana, a i mogła szukać wśród innych Trelawneyów. - Ale problem polega na tym, że nie chcę, by ktoś poza Zakonem wiedział o tym miejscu. Ustawienie tu zabezpieczeń to miesiące pracy, więc jedynym, co nas teraz chroni, jest fakt, że nikt nie wie, że tu jesteśmy.
Obejrzała się na dom. Był nieźle zabezpieczony przed mugolami: nie zdołali dostać się do środka i go zrujnować przez lata, kłódki i okna dałoby się jednak otworzyć alohomorą, podobnie jak furtkę w murze. Jeśli o Księżycowym Stawie dowie się ktoś niepowołany, to miejsce przestanie być bezpieczne.
Ustawiła pudełko ze świecami na ławie, jak gdyby nigdy nic. Czuła zimno, a słowa Morpheusa dobitnie świadczyły o tym, że jednak nie musieli wywoływać ducha - samo przyjście na miejsce jego śmierci wystarczyło. Nie bała się jednak. Spędziła siedem lat w Hogwarcie, w zamku pełnym duchów. Przespała noc w domu Binnsów, by rano odkryć, że ludzie, z którymi spędziła wieczór, od dawna nie żyli. Całowała widmowy, niematerialny policzek małej dziewczynki z Czarnej Perły i klęczała w Kniei Godryka przed zapłakanym duchem chłopca. W podziemiach zrujnowanego zamku rozmawiała z Dylanem i Jasemin, których miłość sięgnęła nawet poza śmierć.
Nie trzeba było lękać się duchów: to żywi byli groźni.
Być może poprzedni lokatorzy umykali czy to przed poltergeistem, czy po napotkaniu tego bytu, ale oni byli bardziej zdeterminowani. I przede wszystkim, byli grupą osób, która współpracowała, a wtedy łatwiej było stawić czoła nawet najbardziej nawiedzonym domostwom.
– Mamy zamiar tutaj zostać – dorzuciła do słów wypowiedzianych przez wuja. – Znaleźliśmy różne rzeczy. Jeśli życzy pan sobie powiedzieć nam coś o swojej rodzinie, to najlepszy ku temu moment.
Przy wejściu do altany zamajaczyła widmowa sylwetka, teraz, w promieniach słońca, ledwo widoczna. To był ten sam mężczyzna, którego Morpheus spotkał nocą: starsza wersja Ignasia Juliusa z portretu przy schodach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.