24.05.2024, 04:17 ✶
Charkot mężczyzny, umierającego w męczarniach na ich oczach. Głuchy krzyk, gdzieś w oddali. Szum wody i syk gaszonych płomieni. Alexander poddał się instynktowi: wszystkie zmysły Mulcibera dostrojone były teraz pod Windermere. Nie do końca chciał dawać wiarę w to, co widzi, słyszy i czuje. Nie po tym, jak usłyszał głos Loretty. Ich dzisiejsze poszukiwania dobitnie pokazywały, że magia tego miejsca potrafi skutecznie manipulować ludzkimi zachowaniami, dlatego Alexander nie ufał jego sztuczkom, z pewnym sceptycyzmem odnosząc się do swych doznań zmysłowych: Windermere było zręcznym kuglarzem, mamiącym publikę tanimi trikami, tylko po to, by - korzystając z nieuwagi gapiów - wykraść naiwniakom portfele.
Można by się było kłócić, że życie ludzkie ma większą wartość niż skradziona sakiewka, prawda była jednak taka, że Alex ani nie miał czasu na wymyślne metafory, ani truchło mężczyzny z wizji Morpheusa - strawione i wyssane z wszelkich soków przez żarłoczne pnącza - nie zrobiło na nim zbyt wielkiego wrażenia. Całą uwagę Mulcibera pochłaniało szukanie wyjścia z wciąż gęstniejącego wokół nich lasu, a także unikanie plączących się tu i ówdzie gałęzi i korzeni drzew i krzewów. Może nie miał dawnej siły i wytrzymałości - sam się przyczynił do swojej słabości, prowadząc takie a nie inne życie - ale refleks pozostał. Nie przyglądał się zgromadzonym na polanie ludziom: zależało mu tylko na tym, by wydostać stąd Ambrosię. I Morpheusa. Bliskich. Reszta była dla Mulcibera nieistotna.
Co się stało, to się nie odstanie - tak często mamrotała pod nosem jego matka, zaśmiewając się przy tym z jakąś upiorną wesołością - sentyment dobrze znany wszystkim jasnowidzom, wobec którego Mulciber zawsze odczuwał niezrozumiały bunt: nie czuł się wtedy jak pan wypowiadanej przepowiedni, ale jak jej niewolnik. Cóż, kiedyś miał wystarczająco siły i ambicji, by przeciwstawiać się przeznaczeniu. Być może wreszcie zmądrzał; bo teraz akceptował jego wyroki z zadziwiającą pokorą. A może po prostu był gównianym człowiekiem.
Odgarnął z twarzy mokre włosy. Nie zwracał uwagi na błoto, naturalny wynik ich ingerencji w ekosystem Windermere. Skanował wzrokiem otoczenie: ziemia zasklepiła się na nowo, jak gdyby nigdy nie rozwarła swoich podwojów. Rośliny wiły się bujnie. Wizja Longbottoma spełniła się tak szybko... Zastanawiał się nad sensem swojej premonicji, i nad tym, czy doczeka jej spełnienia. Las wydawał się ich więzić w swoich dzikich ostępach, broniąc przystępu do reszty ośrodka. Akurat teraz, kiedy tak bardzo pragnąłby zerknąć w taflę jeziora.
Skrzywił się mimowolnie, słysząc wołanie Morpheusa. A co niby robił? Przecież cały czas szukał wyjścia. Las zgęstniał, odcinając im drogę ucieczki: nie dostrzegł żadnej ścieżki, żadnego przejaśnienia pośród gąszczu drzew... Jeżeli zaś chodzi o patrzenie w przyszłość, z niesmakiem musiał przyznać przed samym sobą, że w pewnym sensie obawiał się sięgać wzrokiem poza trwającą chwilę. Obawiał się, że kiedy będzie patrzył w otchłań, to ta otchłań spojrzy w niego; że Windermere znów zyska wgląd do jego myśli. Czyim głosem posłuży się tym razem? Znów wykorzysta Lorettę? Przemówi do niego Diana? Jego matka? Może szepnie mu coś do ucha głosem samego Czarnego Pana?
Nie widział jednak innego wyjścia z sytuacji: skoro wzrok go zawodził, musiał spojrzeć na sprawę trojgiem oczu. Cofał się pod naporem zieloności, kiedy ta zastępowała mu drogę, i szukał dalej. Patrzył. Przydałaby się jakaś modlitwa obronna, pomyślał, nagle dziwnie znużony.
Mrugnął. Spojrzał dalej.
na percepcję, aby szukać wyjścia
Alias does not exist.
Alias does not exist.
Można by się było kłócić, że życie ludzkie ma większą wartość niż skradziona sakiewka, prawda była jednak taka, że Alex ani nie miał czasu na wymyślne metafory, ani truchło mężczyzny z wizji Morpheusa - strawione i wyssane z wszelkich soków przez żarłoczne pnącza - nie zrobiło na nim zbyt wielkiego wrażenia. Całą uwagę Mulcibera pochłaniało szukanie wyjścia z wciąż gęstniejącego wokół nich lasu, a także unikanie plączących się tu i ówdzie gałęzi i korzeni drzew i krzewów. Może nie miał dawnej siły i wytrzymałości - sam się przyczynił do swojej słabości, prowadząc takie a nie inne życie - ale refleks pozostał. Nie przyglądał się zgromadzonym na polanie ludziom: zależało mu tylko na tym, by wydostać stąd Ambrosię. I Morpheusa. Bliskich. Reszta była dla Mulcibera nieistotna.
Co się stało, to się nie odstanie - tak często mamrotała pod nosem jego matka, zaśmiewając się przy tym z jakąś upiorną wesołością - sentyment dobrze znany wszystkim jasnowidzom, wobec którego Mulciber zawsze odczuwał niezrozumiały bunt: nie czuł się wtedy jak pan wypowiadanej przepowiedni, ale jak jej niewolnik. Cóż, kiedyś miał wystarczająco siły i ambicji, by przeciwstawiać się przeznaczeniu. Być może wreszcie zmądrzał; bo teraz akceptował jego wyroki z zadziwiającą pokorą. A może po prostu był gównianym człowiekiem.
Odgarnął z twarzy mokre włosy. Nie zwracał uwagi na błoto, naturalny wynik ich ingerencji w ekosystem Windermere. Skanował wzrokiem otoczenie: ziemia zasklepiła się na nowo, jak gdyby nigdy nie rozwarła swoich podwojów. Rośliny wiły się bujnie. Wizja Longbottoma spełniła się tak szybko... Zastanawiał się nad sensem swojej premonicji, i nad tym, czy doczeka jej spełnienia. Las wydawał się ich więzić w swoich dzikich ostępach, broniąc przystępu do reszty ośrodka. Akurat teraz, kiedy tak bardzo pragnąłby zerknąć w taflę jeziora.
Skrzywił się mimowolnie, słysząc wołanie Morpheusa. A co niby robił? Przecież cały czas szukał wyjścia. Las zgęstniał, odcinając im drogę ucieczki: nie dostrzegł żadnej ścieżki, żadnego przejaśnienia pośród gąszczu drzew... Jeżeli zaś chodzi o patrzenie w przyszłość, z niesmakiem musiał przyznać przed samym sobą, że w pewnym sensie obawiał się sięgać wzrokiem poza trwającą chwilę. Obawiał się, że kiedy będzie patrzył w otchłań, to ta otchłań spojrzy w niego; że Windermere znów zyska wgląd do jego myśli. Czyim głosem posłuży się tym razem? Znów wykorzysta Lorettę? Przemówi do niego Diana? Jego matka? Może szepnie mu coś do ucha głosem samego Czarnego Pana?
Nie widział jednak innego wyjścia z sytuacji: skoro wzrok go zawodził, musiał spojrzeć na sprawę trojgiem oczu. Cofał się pod naporem zieloności, kiedy ta zastępowała mu drogę, i szukał dalej. Patrzył. Przydałaby się jakaś modlitwa obronna, pomyślał, nagle dziwnie znużony.
Mrugnął. Spojrzał dalej.
na percepcję, aby szukać wyjścia
Alias does not exist.
Alias does not exist.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat