24.05.2024, 09:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 23:59 przez Lorraine Malfoy.)
W jakiejś wiosce, do której wysłał na Robert Mulciber
Śmieć, pomyślała - ni to obelga w stronę Rodolphusa, ni to gniewne stwierdzenie faktu, gdzie i na czym wylądowali - mieliśmy tylko wyglądać, jak mugole, nie cuchnąć jak oni, zmarszczyła brwi, poirytowana. Darowała sobie jednak kłótnie. Po pierwsze, nie miała na to czasu. Po drugie, nie stać ją było na jadowite komentarze, bo cały czas czuła na języku ożywczy posmak wychylonego przed teleportacją eliksiru na trzeźwość umysłu, a że magia translokacyjna nie działała najlepiej na jej zmaltretowany zaburzeniami odżywiania żołądek, bezpieczniej było przełknąć ripostę przesyconą trującą słodyczą niż raczyć potem Rodolphusa widokiem swoich wymiocin. Po trzecie, trzeba się było zacząć przyzwyczajać: lokalna melina, do której mieli się udać, zapewne niewiele różniła się od wysypiska odpadów... Nie to co taka Głębina - poważny lokal, w którym może i trochę jebało grzybem, ale, bądź co bądź - ta miała w sobie pewien urok, kiedy już zaczęło się oddychać przez usta.
Zmierzyła Rodolphusa - to jest, Charliego Greybacka - uważnym spojrzeniem. Doskonale wiedziała, że nie chciał tutaj być - i wcale się temu nie dziwiła, bo podzielała jego uczucia - Lorraine motywowała jednak obietnica zysku, a bytność Lestrange'a w tym małomiasteczkowym piekiełku nie dało się usprawiedliwić pogonią za pieniądzem. Zastanawiała się, co ma na niego Robert Mulciber, że młody gniewny gotów jest rzucić wszystko, i poświęcić tyle swego cennego czasu z grafiku niewymownego na skrupulatne planowanie akcji. Co chciał osiągnąć swoimi żarcikami? Próbował być zabawny? Uśpić jej czujność, rozproszyć rzekomo ujmującą przekornością? Och, ona nie bała się go, choć pokazywał pazurki - pomalowane tanim, czarnym lakierem do paznokci - zbyt często zostawiała odcisk własnych szponów na sercach mężczyzn.
Traktowała Lestrange'a normalnie - w końcu Mulciber za niego poręczył, zaś Rodolphus udowodnił jej już swoją przydatność, mimo męskich fochów - ale wrodzona paranoja Lorraine kazała jej śledzić ruchy mężczyzny ze zdwojoną podejrzliwością.
Od pewnego czasu, Lestrange nie było bowiem nazwiskiem, które kojarzyło jej się dobrze - przez Louvaina Lestrange'a. Wszelkie pozytywne uczucia, jakie żywiła w stosunku do tej rodziny - przez wzgląd na znajomość z jego bratem i szkolną przyjaźń z jego siostrą bliźniaczką - uleciały bezpowrotnie, odkąd, zaglądając do umysłu Ambrosii, zobaczyła, w jaki sposób Louvain Lestrange potraktował jej przyjaciółkę. Przyjaciółka - dziwnie było ją tak nazywać, kiedy gdzieś głęboko w sercu Lorraine pozostawała substytutem matki. Nie wiedziała, jak blisko Rodolphus pozostaje z resztą Lestrange'ów - rodzinne koligacje bywały mylące, ale to nie stopień pokrewieństwa ją nurtował: dobrze znała się na genealogii - relacje między kuzynostwem mogły być bardzo różne, wystarczyło popatrzeć na nią i na Desmonda. Trudno było nazwać ich bliskimi, ale przecież nie pozwoliłaby, by włos spadł gówniarzowi z jego chorej główki. Bo był rodziną. Bo też był Malfoy, więc musieli trzymać się razem, bez względu na osobiste animozje.
Rodolphus ciekawił ją, bo był jednym z ważnych elementów większej układanki. Zobaczymy, jak poradzi sobie w akcji, pomyślała.
- Zgodnie z planem - odpowiedziała Lorraine swym lodowatym tonem księżniczki, dziwnie kontrastującym z jej nową powierzchownością. Wszystko, byle nie wysypisko śmieci. Dopiero, kiedy zgrabnie zeskoczyła z kontenera na ziemię, z ruchów Malfoy zniknęła wrodzona damulkowatość, zdradzająca jej prawdziwą tożsamość. Zgarbiła się lekko i wsadziła ręce do kieszeni spodni, porzucając maniery i nienaganną postawę arystokratki.
- Chodź, musimy się dowiedzieć, dlaczego tata zamieszkał na tym zadupiu. - Na twarzy Anny wykwitł zblazowany uśmieszek. - I dlaczego porzucił naszą cudowną mamę, Robertę.
______
- Dzień dobryyyy - przywitała się głośno Anna, żwawo wchodząc do pubu. Zerknęła przez ramię, kontrolując, czy Charlie podąża gdzieś z tyłu za nią. Dobrze, stwierdziła, No to możemy zacząć komedię. Ojciec, który za dziecka odgrywał dla jej uciechy sceny z Szekspira z pamięci, byłby z niej teraz dumny.
Lokalny bar, przez miejscowych zwany był uroczo "Mordownią", jak wcześniej napomknęła Rodolphusowi, kiedy w zaciszu jej kwatery omawiali zagospodarowanie terenu nad planem miasta. Stary, zakurzony, zagracony różnościami, ze ścianami permanentnie przesiąkniętymi brudem i zapachem dymu papierosowego... Pub jak pub. Mogło być gorzej.
- Jak tu przyjemnie chłodno! - Ostentacyjnie pociągnęła za przód koszulki, która przykleiła jej się do brzucha, i zaczęła się wachlować. - Jeszcze chwila i dostałabym udaru, przysięgam. - Wdrapała się na stołek przy barze, przy którym siedziało już kilkoro lokalsów, rzucających w stronę nowoprzybyłych Anny i Charliego zaciekawione spojrzenia. - Zaczęło się od tego, że jechaliśmy autostopem: podrzucił nas gość, który nie chciał opuścić szyb, bo bał się, że go przewieje. Już żałowałam, że nie trafiliśmy na jakiegoś seryjnego zabójcę. Każdy byłby lepszy od tego świra - paplała energicznie.
Liczyła na to, że barman poczyta sobie jej bezceremonialność jako jasne zaproszenie do kontynuowania rozmowy. W końcu kto by się gniewał na rozgadaną dzierlatkę, zwłaszcza, jeżeli ta była obdarzona wyjątkowo ładną buźką?
- A potem, kiedy już szliśmy przez miasto, słońce tak strasznie zaczęło smażyć... Z pragnienia dostałam, normalnie, fatamorgany, aż pomyliłam brata z wielbłądem, ale ten debil nie nadaje się na zwierzę pociągowe, bo nie chciał mnie nieść. - prychnęła z rozbawieniem. - Pluć też nie umie jak wielbłąd, zawsze przegrywa w konkursie na plucie... Boże, tak mi się teraz chce pić.
Anna była żywiołowa. Anna żyła chwilą. Anna skupiała na sobie uwagę, choć nie w taki sposób, jaki robiła to Lorraine: nie, od Anny biło ciepło, zaś Lorraine emanowała chłodem. Annę cechował ekstrawertyzm, i - graniczący z bezczelnością - swobodny styl bycia, a dzięki humorystycznej otoczce i błyszczącym figlarnie, wielkim oczom, sprawiała wrażenie ujmująco szczerej.
- Proszę, powiedz, że można tu u was dostać wodę. - Uśmiechnęła się, w słodki, acz nieco umęczony sposób, opierając głowę o ramiona spoczywające na ladzie baru. - A tak w ogóle, to jestem Anna.
na charyzmę, jak to wila, na gładką gadkę
Rzut Z 1d100 - 12
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 14
Akcja nieudana
Akcja nieudana