24.05.2024, 12:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.05.2024, 12:08 przez Millie Moody.)
Mildred śmieje się jak nigdy, rodzeństwo Moody leży na niegejowym niebieskim kocu. Będzie też bardzo suchy żart, ostrzegam.
Millie biegła, mknęła niczym świetlista kometa, jak srebrzysty brokatowy znicz, nawet jeśli do tej metafory obecnie bardziej pasowałby tłuczek, zniczo czarnych jak noc skrzydełkach. Nie liczyła na to, że cokolwiek jej się uda tym wskórać, przez wzgląd na wiele czynników i kilkadziesiąt centymetrów różnicy wzrostu, zderzenia wagi piórkowej z wagą ciężką oraz nie da się ukryć - doświadczenia zawodowego. Głowa jej jednak uciekała do czasów dzieciństwa, gdy nie raz nie dwa za dzieciaka bili się i szarpali, nigdy w gniewie, zawsze jako forma "zdrowego rozładowania napięcia". Wściekłość, bezsilność, to zawsze można było wybiegać, wykrzyczeć, wyładować pięściami uderzanymi o twardy brzuch stoickiego brata, który co najwyżej poinstruował ją, jak lepiej trzymać gardę. Byli jak Hanzel i Gretel i nawet och! nawet razem czasami polowali na potworności, a wspólne polowania (niekoniecznie te na ryby) należały do topki dziesięciu zajęć z Alastorem. Być może ich życie, wyglądałoby inaczej, gdyby matka nie zgasła w dłoniach Miles pewnej grudniowej nocy, pozostawiając wyrwę w sercu dziewczynki i lęk przed zasypianiem, który był w stanie odgonić tylko kojący głos brata. Być może wyglądałoby inaczej, gdyby różnica wieku pomiędzy nimi byłaby inna i Moody nie zostałaby na trzy długie lata sama w domu z ich ojcem. Być może, ich historia pisałaby się wtedy inaczej...
Podniósł się, gotowy do uniknięcia jej, gotowy do umknięcia, ale nie zamierzała odpuścić wyzwania. Dlatego też podwójnie zdziwiła się, że trafiła w jego twarz, zdziwiła się, czując twardy chwyt, który zaraz miał ją... rzeczy zadziały się stanowczo za szybko świat zawirował i nagle leżeli na zmiętolonym kocu, na trawie. Twarz Alastora była obecnie cała w bieli kremu i pokruszonej bezy, okraszona roztrzepanymi na boki brązowymi lokami pośród soczystej zieleni nieco zbyt długiej trawy, z resztą ich ubrania nie były w dużo lepszym stanie. Dzbanuszek zniknął gdzieś, a Mildred... nie było słów, by opisać jak głośno i serdecznie zaczęła się śmiać. Bez histerii, bez szydery, w powietrzu unosiła się wydestylowana euforia, która echem niosła się wśród drzew warowniowego ogrodu.
Ostatnim razem gdy tak leżeli razem, urodziła się znów dla świata. Był zmierzch, a wszystko wkoło śmierdziało środkiem do czyszczenia podłóg. Była czerń, zachłanna i lepka, ale on kazał jej wtedy zostać i żyć. I ona została, bo jej kazał, bo był obok. Ale teraz, pośród zieleni, w lśniących barwach, w ciepłym sierpniowym słońcu, gdy tak leżeli, tak samo ale inaczej, zrozumiała, że teraz jej kolej. Bo każdy cios, nawet ten ciastowy, zadany w nią, był podwójnym ciosem dla niego, a napięcie i lęk odbierały mu to, co kochała w nim najbardziej. Zrozumiała, że teraz ona musi kazać mu żyć, że to jej najważniejsze zadanie, aby nie zniknął, aby nie pochłonęła go szarość.
– Teraz już nie jesteś dzbanem. Teraz zostałeś moją najsłodszą bezą! – paluchem zgarnęła biały krem z okruchami białkowego deseru z jego policzka, jakby brzytwą ściągała piankę do golenia i wciąż się śmiejąc dodała – Aleśmy się ujebali. Jak zabijemy jednego z jeży, to będziemy mieli jeszcze wysypkę z kolorowych lentilek. Masz ochotę iść ze mną napierdalać w piniaty?
Millie biegła, mknęła niczym świetlista kometa, jak srebrzysty brokatowy znicz, nawet jeśli do tej metafory obecnie bardziej pasowałby tłuczek, zniczo czarnych jak noc skrzydełkach. Nie liczyła na to, że cokolwiek jej się uda tym wskórać, przez wzgląd na wiele czynników i kilkadziesiąt centymetrów różnicy wzrostu, zderzenia wagi piórkowej z wagą ciężką oraz nie da się ukryć - doświadczenia zawodowego. Głowa jej jednak uciekała do czasów dzieciństwa, gdy nie raz nie dwa za dzieciaka bili się i szarpali, nigdy w gniewie, zawsze jako forma "zdrowego rozładowania napięcia". Wściekłość, bezsilność, to zawsze można było wybiegać, wykrzyczeć, wyładować pięściami uderzanymi o twardy brzuch stoickiego brata, który co najwyżej poinstruował ją, jak lepiej trzymać gardę. Byli jak Hanzel i Gretel i nawet och! nawet razem czasami polowali na potworności, a wspólne polowania (niekoniecznie te na ryby) należały do topki dziesięciu zajęć z Alastorem. Być może ich życie, wyglądałoby inaczej, gdyby matka nie zgasła w dłoniach Miles pewnej grudniowej nocy, pozostawiając wyrwę w sercu dziewczynki i lęk przed zasypianiem, który był w stanie odgonić tylko kojący głos brata. Być może wyglądałoby inaczej, gdyby różnica wieku pomiędzy nimi byłaby inna i Moody nie zostałaby na trzy długie lata sama w domu z ich ojcem. Być może, ich historia pisałaby się wtedy inaczej...
Podniósł się, gotowy do uniknięcia jej, gotowy do umknięcia, ale nie zamierzała odpuścić wyzwania. Dlatego też podwójnie zdziwiła się, że trafiła w jego twarz, zdziwiła się, czując twardy chwyt, który zaraz miał ją... rzeczy zadziały się stanowczo za szybko świat zawirował i nagle leżeli na zmiętolonym kocu, na trawie. Twarz Alastora była obecnie cała w bieli kremu i pokruszonej bezy, okraszona roztrzepanymi na boki brązowymi lokami pośród soczystej zieleni nieco zbyt długiej trawy, z resztą ich ubrania nie były w dużo lepszym stanie. Dzbanuszek zniknął gdzieś, a Mildred... nie było słów, by opisać jak głośno i serdecznie zaczęła się śmiać. Bez histerii, bez szydery, w powietrzu unosiła się wydestylowana euforia, która echem niosła się wśród drzew warowniowego ogrodu.
Ostatnim razem gdy tak leżeli razem, urodziła się znów dla świata. Był zmierzch, a wszystko wkoło śmierdziało środkiem do czyszczenia podłóg. Była czerń, zachłanna i lepka, ale on kazał jej wtedy zostać i żyć. I ona została, bo jej kazał, bo był obok. Ale teraz, pośród zieleni, w lśniących barwach, w ciepłym sierpniowym słońcu, gdy tak leżeli, tak samo ale inaczej, zrozumiała, że teraz jej kolej. Bo każdy cios, nawet ten ciastowy, zadany w nią, był podwójnym ciosem dla niego, a napięcie i lęk odbierały mu to, co kochała w nim najbardziej. Zrozumiała, że teraz ona musi kazać mu żyć, że to jej najważniejsze zadanie, aby nie zniknął, aby nie pochłonęła go szarość.
– Teraz już nie jesteś dzbanem. Teraz zostałeś moją najsłodszą bezą! – paluchem zgarnęła biały krem z okruchami białkowego deseru z jego policzka, jakby brzytwą ściągała piankę do golenia i wciąż się śmiejąc dodała – Aleśmy się ujebali. Jak zabijemy jednego z jeży, to będziemy mieli jeszcze wysypkę z kolorowych lentilek. Masz ochotę iść ze mną napierdalać w piniaty?