24.05.2024, 14:10 ✶
Millie spała bardzo krótko, choć tak na prawdę bardzo dobrze, jak na to ile potrafiła sypiać przed Beltane. Leki pomagały, inna rzecz, że przespała cały miesiąc i teraz zwyczajnie nie chciała spać wcale. Chciała żyć. Chciała sycić się każdym momentem wolności. Wczorajszy dzień był już za nią, nadchodził kolejny i kolejny i kolejny...
W godzinie wilka, gdy było najciszej, gdy słońce jeszcze nie wstało, wyszła w białym podkoszulku ukradzionym bratu z szafki, gdy przez moment byli w Londynie, wyszła jak zjawa podeptać trawę, dotknąć ziemi, popatrzeć na mgłę w pierwszych promieniach pudrowego różu budzącego się słońca. Ogród był piękny. Zarośnięty. Dziki. Tajemniczy. I była tylko ona i mgła i taniec, w końcu, gdy nikt nie patrzył, nikt nie pilnował, nikt nie oceniał wariatka czy normalna. Była tylko ona i sen pierzchający przed jawą, tylko ona i koszmar pełgający wśród ździebeł trawy, tylko ona i ulotna myśl o świcie, o nowym początku, każdego dnia gdy decydowała się wstać. Mimo wszystko.
Gdy Brenna pojawiła się w jej zasięgu, Millie już nie tańczyła, choć czuła że jest ubraną w mgłę rusałką, która zaraz miała stać się wojownikiem w twardej zbroi, nawet jeśli to nie był dzień na walkę. Rozciągała się, próbując nie zwracać uwagi na kostki otarte korą. Musiała wrócić do formy, musiała wrócić na służbę, a w szpitalu dziwnie patrzyli gdy ćwiczyła, gdy szukała starej rutyny pozwalajacej skutecznie bawić się w kotka i myszkę ze śmiercią. Gdy pojawiła się Brenna, Millie chciała się zakraść i ją wystraszyć co niemalże się udało.
– Nie przepraszaj stara, kilka plam w tą czy drugą... – wyszczerzyła do przyjaciółki dwa rzędy białych ząbków. – Spałam doskonale dziękuję. Mam nadzieję, że Alik też, bo przedwczoraj to.. nie wiem, on chyba mysli, że jak ja zasnę to znowu no ten... zasnę, wiesz o co chodzi. – sposępniała na moment, bo dzień wcześniej nie wchodziła aż tak w detale swojej prośby by nocować w Warowni. Znaczy wchodziła o tyle o ile "bla bla bla przygotowania bla bla". – Mm... dzięki że miałaś na niego oko przez ten czas kiedy wiesz, kiedy miałam odsiadkę – dodała, a potem speszyła się na pytanie o śniadanie. – Ja? No tak oczywiście, znasz mnie przecież ja z domu nie wychodzę posilenia się parówką i dwoma jajkami jak każda szanująca się angielska pannica. – cmoknęła i od razu spróbowała odwrócić jej uwagę od tematu. – Co robisz? Pomóc Ci jakoś?
W godzinie wilka, gdy było najciszej, gdy słońce jeszcze nie wstało, wyszła w białym podkoszulku ukradzionym bratu z szafki, gdy przez moment byli w Londynie, wyszła jak zjawa podeptać trawę, dotknąć ziemi, popatrzeć na mgłę w pierwszych promieniach pudrowego różu budzącego się słońca. Ogród był piękny. Zarośnięty. Dziki. Tajemniczy. I była tylko ona i mgła i taniec, w końcu, gdy nikt nie patrzył, nikt nie pilnował, nikt nie oceniał wariatka czy normalna. Była tylko ona i sen pierzchający przed jawą, tylko ona i koszmar pełgający wśród ździebeł trawy, tylko ona i ulotna myśl o świcie, o nowym początku, każdego dnia gdy decydowała się wstać. Mimo wszystko.
Gdy Brenna pojawiła się w jej zasięgu, Millie już nie tańczyła, choć czuła że jest ubraną w mgłę rusałką, która zaraz miała stać się wojownikiem w twardej zbroi, nawet jeśli to nie był dzień na walkę. Rozciągała się, próbując nie zwracać uwagi na kostki otarte korą. Musiała wrócić do formy, musiała wrócić na służbę, a w szpitalu dziwnie patrzyli gdy ćwiczyła, gdy szukała starej rutyny pozwalajacej skutecznie bawić się w kotka i myszkę ze śmiercią. Gdy pojawiła się Brenna, Millie chciała się zakraść i ją wystraszyć co niemalże się udało.
– Nie przepraszaj stara, kilka plam w tą czy drugą... – wyszczerzyła do przyjaciółki dwa rzędy białych ząbków. – Spałam doskonale dziękuję. Mam nadzieję, że Alik też, bo przedwczoraj to.. nie wiem, on chyba mysli, że jak ja zasnę to znowu no ten... zasnę, wiesz o co chodzi. – sposępniała na moment, bo dzień wcześniej nie wchodziła aż tak w detale swojej prośby by nocować w Warowni. Znaczy wchodziła o tyle o ile "bla bla bla przygotowania bla bla". – Mm... dzięki że miałaś na niego oko przez ten czas kiedy wiesz, kiedy miałam odsiadkę – dodała, a potem speszyła się na pytanie o śniadanie. – Ja? No tak oczywiście, znasz mnie przecież ja z domu nie wychodzę posilenia się parówką i dwoma jajkami jak każda szanująca się angielska pannica. – cmoknęła i od razu spróbowała odwrócić jej uwagę od tematu. – Co robisz? Pomóc Ci jakoś?