24.05.2024, 19:18 ✶
W sadzie Longbottomów zawsze panował pewien… chaos, chociaż w tej chwili ten wyrywał się spod kontroli nawet jak na gusta Brenny. Trzeba było jednak przyznać, że w porannej, rozwiewającej się już powoli mgle i promieniach słońca prezentował się faktycznie jak z krainy baśni. Brenna to dostrzegła, ale jednocześnie odnotowała pragmatycznie, aby pamiętać o wycięciu części roślin, które wyrosły tak od wczoraj, zanim pojawią się goście.
Może to o tym zapomniała.
– Kakao jednak jest lepsze w żołądku niż na ubraniu – powiedziała, obdarzając Millie uśmiechem. Uśmiech nie zgasł i wtedy, kiedy wspomniała o tym, że Alastor boi się, by znów nie zasnęła: chociaż nie mogła go winić, bo sama trochę się tego bała. I jakoś cieszyła się, że Mildred chwilowo jest u nich, nie w jednym z mieszkań Moody’ego. Nie żeby chciała oceniać warunki mieszkaniowe przyjaciół, ale wolała, by Millie nie była sama zaraz po wyjściu z Lecznicy Dusz i żeby skrzat mógł w razie czego szybko zareagować. – Myślę, że Alek nie potrzebował opieki i obawiam się, że nie zrobiłam wiele – stwierdziła, całkiem szczerze zresztą. Alastor nie był człowiekiem, który chciałby się zwierzać, a ona z kolei nie mogła spędzać u jego boku tyle czasu, ile by chciała. Pęd, w jaki popadła, sprawiał, że miała wyrzuty sumienia: poświęcała za mało czasu przyjaciołom. – Ale dbałam o to, aby nie zabrakło mu kanapek i sałatek z kurczakiem – dodała zaraz, a jej mina stała się nieco figlarna. Latem z przyczyn oczywistych Millie ich nie dostawała, ale już wcześniej się zdarzało, że podsuwała jedzenie obojgu Moodym. – Cholera. Zjadłam tylko tosta. Chyba za mało się szanuję jak na angielską pannicę – westchnęła teatralnie i upiła łyk z kubka.
– Zaraz możemy zacząć szykować rzeczy – mruknęła, rozglądając się jeszcze raz po ogrodzie. Lekki wiatr zmierzwił jej włosy, a ona głęboko w płuca wciągnęła rześkie, poranne powietrze. – Wydaje mi się, że o czymś zapomniałam. Pomyślałabym, że czegoś nie kupiłam, ale nie ja robiłam zakupy… – stwierdziła z zamyśleniem. Miała cholerną nadzieję, że chodzi o coś prozaicznego, a nie związanego z wyspą. O tym jednak nie chciała wspominać przy Millie: mogłaby zapragnąć iść z nimi, a Brenna wiedziała, że ta nie jest gotowa iść do miejsca, które na kilka osób sprowadziły śmierć, a na inne szaleństwo.
Może to o tym zapomniała.
– Kakao jednak jest lepsze w żołądku niż na ubraniu – powiedziała, obdarzając Millie uśmiechem. Uśmiech nie zgasł i wtedy, kiedy wspomniała o tym, że Alastor boi się, by znów nie zasnęła: chociaż nie mogła go winić, bo sama trochę się tego bała. I jakoś cieszyła się, że Mildred chwilowo jest u nich, nie w jednym z mieszkań Moody’ego. Nie żeby chciała oceniać warunki mieszkaniowe przyjaciół, ale wolała, by Millie nie była sama zaraz po wyjściu z Lecznicy Dusz i żeby skrzat mógł w razie czego szybko zareagować. – Myślę, że Alek nie potrzebował opieki i obawiam się, że nie zrobiłam wiele – stwierdziła, całkiem szczerze zresztą. Alastor nie był człowiekiem, który chciałby się zwierzać, a ona z kolei nie mogła spędzać u jego boku tyle czasu, ile by chciała. Pęd, w jaki popadła, sprawiał, że miała wyrzuty sumienia: poświęcała za mało czasu przyjaciołom. – Ale dbałam o to, aby nie zabrakło mu kanapek i sałatek z kurczakiem – dodała zaraz, a jej mina stała się nieco figlarna. Latem z przyczyn oczywistych Millie ich nie dostawała, ale już wcześniej się zdarzało, że podsuwała jedzenie obojgu Moodym. – Cholera. Zjadłam tylko tosta. Chyba za mało się szanuję jak na angielską pannicę – westchnęła teatralnie i upiła łyk z kubka.
– Zaraz możemy zacząć szykować rzeczy – mruknęła, rozglądając się jeszcze raz po ogrodzie. Lekki wiatr zmierzwił jej włosy, a ona głęboko w płuca wciągnęła rześkie, poranne powietrze. – Wydaje mi się, że o czymś zapomniałam. Pomyślałabym, że czegoś nie kupiłam, ale nie ja robiłam zakupy… – stwierdziła z zamyśleniem. Miała cholerną nadzieję, że chodzi o coś prozaicznego, a nie związanego z wyspą. O tym jednak nie chciała wspominać przy Millie: mogłaby zapragnąć iść z nimi, a Brenna wiedziała, że ta nie jest gotowa iść do miejsca, które na kilka osób sprowadziły śmierć, a na inne szaleństwo.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.