24.05.2024, 22:38 ✶
Dotyk Sama był dziwny, był przekraczaniem granic, ale też nie przesuwał się w żadną stronę, nie insynuował, że mężczyzna chciałby wykorzystać swoją nad Laurentem przewagę. Chciał ledwie przynieść mu nieco ukojenia w bólu, w zdartej skórze, w zamieszaniu tą całą pułapką, powaloną gałęzią i wszystkimi sprawami o których McGonagall nie miał pojęcia.
– To bardzo ładnie powiedziane, dziękuję – zwiesił głowę, nie patrząc w te dziwne oczy o barwie, która przywodziła na myśl mariaż niebios z puszczą. Oddychał ciężko, nie z bólu ciała, a z tych wszystkich ciężarów, które nosił w sercu, a które ludzkie ciało tylko podsycało. Pomógł, chociaż na to się przydał. Chociaż tyle mógł zrobić. Myśli znów zaczęły wysączać się przekonań, których ostre kanty raniły mu duszę. Nawet jeśli niewinne stworzenie mogło nieść ukojenie, nawet jeśli nie podeszłoby zwyczajnie do kogoś o skalanym sercu. Cóż. Drobne gesty z jego strony i wdzięczność za nie z drugiej nigdy nie przydawały mu poczucia własnej wartości. Nie inaczej było i teraz.
– Znamy? – zdziwił się i poruszył niespokojnie. – Nie na pewno nie, zapamiętałbym...– przełknął ślinę i zabrał dłoń z jego skóry, jakby nagle zdał sobie sprawę, że to jest nieodpowiednie zachowanie. – Pamiętam, kiedy spotykam tak piękne istnienia. Ja... jestem Sam, Samuel. Mieszkam w Dolinie, bardzo, bardzo rzadko ją opuszczam. W sumie to prawie nigdy, ale ostatnie dni są... Są trudne, ciężko mi usiedzieć w miejscu. – przyznał otwarcie, ale od razu zrobił przepraszającą minę. – Przepraszam, nie powinienem tego zrzucać, mam nadzieję, że długo pan tu nie dyndał. Ja... zaraz różdżka! – nagle zderzyły się ze sobą dwie kulki w głowie i błękitne ślepia zaczęły się rozglądać po okolicy zasłanej listowiem odłamanej gałęzi. W końcu dostrzegł ją, sięgnął i podał umęczonemu mężczyźnie. – Wydaje się, mam wrażenie, że jesteś bardzo osłabiony. Jeżeli chcesz, mogę... mogę zmienić się w niedźwiedzia i zanieść Cię bliżej zabudowań. Chociaż tyle mógłbym jakoś no... zrewanżować się za uszkodzenie lasu, czy coś – zaproponował nieśmiało, trochę chcąc, a trochę nie chcąc kontynuować tego dziwnego spotkania z kimś kto był człowiekiem, chociaż nic na to nie wskazywało.
– To bardzo ładnie powiedziane, dziękuję – zwiesił głowę, nie patrząc w te dziwne oczy o barwie, która przywodziła na myśl mariaż niebios z puszczą. Oddychał ciężko, nie z bólu ciała, a z tych wszystkich ciężarów, które nosił w sercu, a które ludzkie ciało tylko podsycało. Pomógł, chociaż na to się przydał. Chociaż tyle mógł zrobić. Myśli znów zaczęły wysączać się przekonań, których ostre kanty raniły mu duszę. Nawet jeśli niewinne stworzenie mogło nieść ukojenie, nawet jeśli nie podeszłoby zwyczajnie do kogoś o skalanym sercu. Cóż. Drobne gesty z jego strony i wdzięczność za nie z drugiej nigdy nie przydawały mu poczucia własnej wartości. Nie inaczej było i teraz.
– Znamy? – zdziwił się i poruszył niespokojnie. – Nie na pewno nie, zapamiętałbym...– przełknął ślinę i zabrał dłoń z jego skóry, jakby nagle zdał sobie sprawę, że to jest nieodpowiednie zachowanie. – Pamiętam, kiedy spotykam tak piękne istnienia. Ja... jestem Sam, Samuel. Mieszkam w Dolinie, bardzo, bardzo rzadko ją opuszczam. W sumie to prawie nigdy, ale ostatnie dni są... Są trudne, ciężko mi usiedzieć w miejscu. – przyznał otwarcie, ale od razu zrobił przepraszającą minę. – Przepraszam, nie powinienem tego zrzucać, mam nadzieję, że długo pan tu nie dyndał. Ja... zaraz różdżka! – nagle zderzyły się ze sobą dwie kulki w głowie i błękitne ślepia zaczęły się rozglądać po okolicy zasłanej listowiem odłamanej gałęzi. W końcu dostrzegł ją, sięgnął i podał umęczonemu mężczyźnie. – Wydaje się, mam wrażenie, że jesteś bardzo osłabiony. Jeżeli chcesz, mogę... mogę zmienić się w niedźwiedzia i zanieść Cię bliżej zabudowań. Chociaż tyle mógłbym jakoś no... zrewanżować się za uszkodzenie lasu, czy coś – zaproponował nieśmiało, trochę chcąc, a trochę nie chcąc kontynuować tego dziwnego spotkania z kimś kto był człowiekiem, chociaż nic na to nie wskazywało.