24.05.2024, 23:52 ✶
Później... no nic musiał obejść się smakiem, choć jeszcze kilka pocałunków, kilka ugryzień udało mu się złożyć na tej miękkiej skórze, słodszej niż cokolwiek co Nora oferowała klientom swojej cukierni.
Powiadają, że miłość otumania i zapewne była to najprawdziwsza prawda. A może to ten uliczny hałas, kocie nie licz, że nie usłyszałby Sam tej szarady, gdybyście się spotkali nie na ubitej, a na leśnej ziemi. Każdy szelest, każda gałązka, każdy wiatr przynoszący obcy zapach... Tutaj jednak dał się podejść, otumaniony Norą, przerażony Londynem. Tutaj hałasy były inne, a otworzone drzwi, mogły być nimi wszędzie.
Kwietne razy spadały na jego głowę raz za razem i czy bolały? Powinny. Kolce rozcinały skórę, mierzwiły włosy. Ale Samuel przywykł do tego, on, nosiciel klątwy ziemi, który od czasu pewnego pijackiego listu pewnej całkiem trzeźwej już teraz damy zaliczał okładanie z wielkich grubych kolczastych pnączy i parzących wyziewami kwiatów mniej więcej co dwa dni. Jeden bukiet w tą czy drugą nie robił mu różnicy, ale co robiło mu tę różnicę, to to że ktoś zaatakował go tutaj, a przez to i mógł zagrażać Norze. Może i nie był to jego teren, a teren jego kobiety, Sam czuł się jednak w obowiązku go pilnować. W końcu była jego narzeczoną.
I pewnie by zaryczał i pewnie zęby wbiłyby się w śliczne ciało buńczucznego Leosia, ale... no cóż różdżka została u góry, nie spodziewał się jakiegokolwiek zagrożenia, tutaj w jej gnieździe (cóż miłość otumania). Na pewno gdy otrzeźwieje, obieca sobie, że nigdy więcej nie popełni tego błędu, a na razie miast unieść ręce do góry skoczył do delikwenta, by zwalić go na ziemię i wybić różdżkę tradycyjnym argumentem siłowym. Może szkoda, że szum krwi zagłuszał cokolwiek było mówione. Może by się zorientował, że coś tu nie gra. Adrenalina jednak decydowała w tym momencie za niego.
Aktywność fizyczna III plus tam walka wręcz wiadomo, na wywalenie Leosia na ziemię i wytrącenie mu różdżki.
Powiadają, że miłość otumania i zapewne była to najprawdziwsza prawda. A może to ten uliczny hałas, kocie nie licz, że nie usłyszałby Sam tej szarady, gdybyście się spotkali nie na ubitej, a na leśnej ziemi. Każdy szelest, każda gałązka, każdy wiatr przynoszący obcy zapach... Tutaj jednak dał się podejść, otumaniony Norą, przerażony Londynem. Tutaj hałasy były inne, a otworzone drzwi, mogły być nimi wszędzie.
Kwietne razy spadały na jego głowę raz za razem i czy bolały? Powinny. Kolce rozcinały skórę, mierzwiły włosy. Ale Samuel przywykł do tego, on, nosiciel klątwy ziemi, który od czasu pewnego pijackiego listu pewnej całkiem trzeźwej już teraz damy zaliczał okładanie z wielkich grubych kolczastych pnączy i parzących wyziewami kwiatów mniej więcej co dwa dni. Jeden bukiet w tą czy drugą nie robił mu różnicy, ale co robiło mu tę różnicę, to to że ktoś zaatakował go tutaj, a przez to i mógł zagrażać Norze. Może i nie był to jego teren, a teren jego kobiety, Sam czuł się jednak w obowiązku go pilnować. W końcu była jego narzeczoną.
I pewnie by zaryczał i pewnie zęby wbiłyby się w śliczne ciało buńczucznego Leosia, ale... no cóż różdżka została u góry, nie spodziewał się jakiegokolwiek zagrożenia, tutaj w jej gnieździe (cóż miłość otumania). Na pewno gdy otrzeźwieje, obieca sobie, że nigdy więcej nie popełni tego błędu, a na razie miast unieść ręce do góry skoczył do delikwenta, by zwalić go na ziemię i wybić różdżkę tradycyjnym argumentem siłowym. Może szkoda, że szum krwi zagłuszał cokolwiek było mówione. Może by się zorientował, że coś tu nie gra. Adrenalina jednak decydowała w tym momencie za niego.
Aktywność fizyczna III plus tam walka wręcz wiadomo, na wywalenie Leosia na ziemię i wytrącenie mu różdżki.
Rzut Z 1d100 - 15
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 27
Akcja nieudana
Akcja nieudana