25.05.2024, 00:13 ✶
Nagle zdał sobie sprawę z tego, że jego myślenie o Laurencie było niezwykle koślawe. Powiedział ten dowcip, niby typowy żart, ale Laurent odpowiedział mu poważnie i on też zaczął myśleć o tym poważnie i... Przeprowadził w tym pustym łbie dialog z samym sobą - że się nie spodziewał po Laurencie pragnienia łamania konwenansów, a później aż miał ochotę uderzyć się w czoło, bo przecież nic w życiu blondyna, przynajmniej w tej części, jaką ze sobą dzielili, nie było z nich złożone. Czy to dlatego tak się do niego dystansował? Bo od początku nakładał na niego łatkę kolejnego bogatego chłopaka, który go trzymał przy sobie bo chciał coś poczuć, ale wcale nie zamierzał rzucać dla niego wygodnego życia w cieniu bogatych i wpływowych rodziców? Nienawidząc społeczeństwa za wieczne bycie ocenianym z góry, nie zauważył kiedy zaczął robić to sam? A może zwyczajnie nie chciał dopuścić do siebie myśli, że przebywając w New Forest miał do czynienia z czymkolwiek innym niż w swojej przeszłości? Nie miał szans na znalezienie odpowiedzi na tyle pytań, kiedy serce mu tak waliło, a Laurent wciąż był obok i wciąż mówił. Poddał się więc, dał temu odpłynąć gdzieś na bok, a swoją uwagę skupił na nim, na tym co miał tu i teraz, próbując zachować spokój nawet jeżeli odsunięcie się od niego nie było przyjemne. Bo chciał więcej. Mimo wszystkich wniosków, do jakich dzisiaj doszedł - chciał go mieć.
- A dotrzymujesz obietnic? - Tym razem nie chciał usłyszeć nie, chociaż kiedy kładł swoje dłonie na jego, oczy miał pełne niepewności. - Nie wiem, czy robić sobie nadzieje.
Chciał go mieć, ale nie chciał tego czuć. Nie chciał myśleć o nim w ten sposób, brzydził się tego pożądania, bo wtedy będzie jak wszyscy - on nie chciał być jak wszyscy, którzy go zranili, nie chciał być kolejnym wazonem obleśnych kwiatów wyrzuconych na taras. Chciał go mieć w taki sposób, że tylko do niego uśmiechnie się z wdzięcznością, kiedy przyniesienie mu „dobre” wiadomości. Chciał być jego dobrą myślą, jego bezpieczną przystanią, kimś kto nie kojarzy mu się z wewnętrzną pustką. Jednocześnie był pewny, że jeżeli te drobne rączki przycisną go do siebie jeszcze raz, cała ta siła pryśnie i znowu o tym zapomni, przestanie być dobrym człowiekiem i wróci do bycia beznadziejnym i brudnym sobą. Jeden ruch, żeby rozpalić w nim żar. Żar, który na moment da mu życie, a później go spopieli. Jak on cholernie siebie nienawidził! Wcale nie zdziwi go to, że to co próbował w tej rozmowie tak chronić - te relacje - że one się skończą. Z jego cholernej winy! Straci wszystko co dawało mu nadzieję, dzięki czemu przez ostatnie miesiące tak szeroko się uśmiechał, tak głośno płakał, ale tym razem budującym płaczem, płaczem, który leczył, straci to wszystko bo...? Bo co? Bo Laurent miał taki kaprys? Wypatrzył go sobie w tłumie? Nie, to nie była wina Laurenta. To było w tym najgorsze - odpowiedzialność za to dźwigał na własnych barkach.
Znów opuścił spojrzenie w dół.
- M-muszę schować go do kurtki, żeby go nie zgubić - Taką sobie wymyślił ostatnią deskę ratunku zanim zrobi coś durnego. Jego ręce opadły wzdłuż tułowia, ale nie ruszył się stąd, zupełnie jakby te delikatne dłonie trzymały go w miejscu zbyt mocno, aby był w stanie zrobić choćby jeden krok.
- A dotrzymujesz obietnic? - Tym razem nie chciał usłyszeć nie, chociaż kiedy kładł swoje dłonie na jego, oczy miał pełne niepewności. - Nie wiem, czy robić sobie nadzieje.
Chciał go mieć, ale nie chciał tego czuć. Nie chciał myśleć o nim w ten sposób, brzydził się tego pożądania, bo wtedy będzie jak wszyscy - on nie chciał być jak wszyscy, którzy go zranili, nie chciał być kolejnym wazonem obleśnych kwiatów wyrzuconych na taras. Chciał go mieć w taki sposób, że tylko do niego uśmiechnie się z wdzięcznością, kiedy przyniesienie mu „dobre” wiadomości. Chciał być jego dobrą myślą, jego bezpieczną przystanią, kimś kto nie kojarzy mu się z wewnętrzną pustką. Jednocześnie był pewny, że jeżeli te drobne rączki przycisną go do siebie jeszcze raz, cała ta siła pryśnie i znowu o tym zapomni, przestanie być dobrym człowiekiem i wróci do bycia beznadziejnym i brudnym sobą. Jeden ruch, żeby rozpalić w nim żar. Żar, który na moment da mu życie, a później go spopieli. Jak on cholernie siebie nienawidził! Wcale nie zdziwi go to, że to co próbował w tej rozmowie tak chronić - te relacje - że one się skończą. Z jego cholernej winy! Straci wszystko co dawało mu nadzieję, dzięki czemu przez ostatnie miesiące tak szeroko się uśmiechał, tak głośno płakał, ale tym razem budującym płaczem, płaczem, który leczył, straci to wszystko bo...? Bo co? Bo Laurent miał taki kaprys? Wypatrzył go sobie w tłumie? Nie, to nie była wina Laurenta. To było w tym najgorsze - odpowiedzialność za to dźwigał na własnych barkach.
Znów opuścił spojrzenie w dół.
- M-muszę schować go do kurtki, żeby go nie zgubić - Taką sobie wymyślił ostatnią deskę ratunku zanim zrobi coś durnego. Jego ręce opadły wzdłuż tułowia, ale nie ruszył się stąd, zupełnie jakby te delikatne dłonie trzymały go w miejscu zbyt mocno, aby był w stanie zrobić choćby jeden krok.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.