25.05.2024, 12:14 ✶
Brenna bywała narwana i faktycznie biegała niekiedy we wszystkich kierunkach na raz, ale organizować rzeczy umiała nieźle. Nie potrafiła powiedzieć niczego o statku, jachcie czy cholera wie czym, czym płynęli, ale najpierw upewniła się, że rodzina organizująca przejazdy działa legalnie, że pasażerowie dopływają do celu i że mają aktualne zezwolenia, a dopiero potem załatwiła bilety. Jej plecak pełen był różnych map, notatnik nazwisk, adresów oraz koordynatów, głowa porad, odnośnie tego, jak się zachowywać i jak się nie nazywać, napisała kilkanaście listów i jeszcze więcej ich otrzymała. Zabrała mnóstwo rzeczy, wiedziała, do kogo iść, kogo absolutnie unikać i ba, nawet skontaktowała się z tamtejszym ambasadorem brytyjskiego ministerstwa. Victoria postarała się o eliksiry, tak na wszelki wypadek i jeszcze o świstokliki, bo teleportacja w ciemno, nawet mając dokładne współrzędne, bywała ryzykowna. Wizja całej wyprawy trochę Brennę niepokoiła (martwiła się, że niczego się nie dowiedzą i martwiła się, że opuszcza Anglię, nawet jeśli zrobiła wszystko, co w ludzkiej mocy, by podróż trwała jak najkrócej), a trochę ekscytowała, bo… to jednak była Afryka. Nawet jeżeli na zwiedzanie będą miały przy pomyślnych wiatrach jakieś dwanaście godzin.
Sądziła, że są dobrze przygotowane.
A jednak, na trupa przygotowana nie była.
– Znalazłam trupa – powtórzyła cierpliwie, wciąż jeszcze skonsternowana tą sytuacją i czująca się trochę nierealnie. – Tutaj, w tej kabinie. Nie jestem pewna dlaczego, może wszechświat mnie lubi albo bardzo nienawidzi. Na mój gust rozwalono mu głowę. Czyli no… płynie z nami morderca – powiedziała, uchylając nieco bardziej drzwi kajuty, i ujawniając mężczyznę w średnim wieku, leżącego w kałuży krwi. Jego głowa faktycznie była w takim stanie, że gdyby obie nie naoglądały się już w życiu trupów, miałyby pełne prawo teraz zemdleć albo zwymiotować na sam widok. – To Francuz, podawali mi nazwisko, ale ni cholery go nie wymówię, jakieś Beaucoś tam, z nim akurat nie rozmawiałam, ale płynął ze swoją siostrą, żoną, córką i służącą, wpadłam wcześniej na tę siostrę i żonę… Na ślub, do Kairu. Będą mieli pogrzeb zamiast ślubu… – wymamrotała i przeczesała włosy, bo chyba zaczynało do niej docierać, że tak, mieli tu trupa, mieli tu zbrodnię, mieli tutaj rodzinę, której trzeba przekazać wieści i w ogóle. – Wolisz dotrzymać towarzystwa panu, a ja biegnę do kapitana, czy odwrotnie? – zapytała, bo jej mózg wreszcie zaczął pracować, jak należy i układać plan działania. – Nie zawrócimy już do Francji, bliżej w tej chwili do celu niż do portu, nie wiem, jak tam działają służby, ale mam pewne obawy, że mogą próbować nas kurwa uziemić, do rozwiązania sprawy, albo co. Nie mamy na to czasu, trzeba zmusić kapitana do współpracy i znaleźć winnego, zanim dopłyniemy.
To znaczy, Brenna i tak chciałaby znaleźć winnego, bo miała tutaj zbrodnię, a jak miała zbrodnię, chciała od razu rozwiązywać zagadkę. I niewiele ją obchodziło, że była po godzinach pracy, bo tak już działała. Ale sam fakt, że brak rozwiązania mógł wprowadzić zamieszanie w ich napiętym harmonogramie i zatrzymać na dłużej w afrykańskim porcie, stanowił dodatkową motywację.
Sądziła, że są dobrze przygotowane.
A jednak, na trupa przygotowana nie była.
– Znalazłam trupa – powtórzyła cierpliwie, wciąż jeszcze skonsternowana tą sytuacją i czująca się trochę nierealnie. – Tutaj, w tej kabinie. Nie jestem pewna dlaczego, może wszechświat mnie lubi albo bardzo nienawidzi. Na mój gust rozwalono mu głowę. Czyli no… płynie z nami morderca – powiedziała, uchylając nieco bardziej drzwi kajuty, i ujawniając mężczyznę w średnim wieku, leżącego w kałuży krwi. Jego głowa faktycznie była w takim stanie, że gdyby obie nie naoglądały się już w życiu trupów, miałyby pełne prawo teraz zemdleć albo zwymiotować na sam widok. – To Francuz, podawali mi nazwisko, ale ni cholery go nie wymówię, jakieś Beaucoś tam, z nim akurat nie rozmawiałam, ale płynął ze swoją siostrą, żoną, córką i służącą, wpadłam wcześniej na tę siostrę i żonę… Na ślub, do Kairu. Będą mieli pogrzeb zamiast ślubu… – wymamrotała i przeczesała włosy, bo chyba zaczynało do niej docierać, że tak, mieli tu trupa, mieli tu zbrodnię, mieli tutaj rodzinę, której trzeba przekazać wieści i w ogóle. – Wolisz dotrzymać towarzystwa panu, a ja biegnę do kapitana, czy odwrotnie? – zapytała, bo jej mózg wreszcie zaczął pracować, jak należy i układać plan działania. – Nie zawrócimy już do Francji, bliżej w tej chwili do celu niż do portu, nie wiem, jak tam działają służby, ale mam pewne obawy, że mogą próbować nas kurwa uziemić, do rozwiązania sprawy, albo co. Nie mamy na to czasu, trzeba zmusić kapitana do współpracy i znaleźć winnego, zanim dopłyniemy.
To znaczy, Brenna i tak chciałaby znaleźć winnego, bo miała tutaj zbrodnię, a jak miała zbrodnię, chciała od razu rozwiązywać zagadkę. I niewiele ją obchodziło, że była po godzinach pracy, bo tak już działała. Ale sam fakt, że brak rozwiązania mógł wprowadzić zamieszanie w ich napiętym harmonogramie i zatrzymać na dłużej w afrykańskim porcie, stanowił dodatkową motywację.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.