25.05.2024, 13:11 ✶
To nie było zbliżenie dające poczucie tego, że Crow był szczęśliwy. Wszystko, co teraz robił, dało się odczuć jako desperację - jako silną potrzebę rozładowania tego napięcia w okropny wręcz sposób, bo prawie odburknął mu coś na to „nie tutaj” i pchnął mocniej na ten stolik - nie zrobił tego tylko dlatego, że Laurent najwyraźniej wiedział dobrze jak odwrócić jego uwagę i zaprowadzić swojej sypialni. W sypialni, w której faktycznie przycisnął go do tego łóżka, chociaż jeszcze przed chwilą myślał o tym, że to on lubił być w tej pozycji, a później zaczął go rozbierać, trochę za szybko, z oczyma pełnymi uznania, ale nie miłości. Gdyby świat się dzisiaj kończył i mógł wybrać tylko jedną osobę, z którą spędzi resztę swojego parszywego życia, to miałby niezły problem, ale po tym wszystkim był pewien jednego - niewziąłby pod uwagę Laurenta Prewetta. Za zakrwawiona od zaciskania ręka nie była jego, nigdy nie była jego. Mieli być czymś innym, ale się w tym zgubili, a on nie wiedział, jak sobie z tym poradzić.
Po wszystkim dotykał go jak zawsze. Gładził siwe włosy, sunął palcami po spoconej skórze, układając ich do snu, nawet jeżeli miał być płytki i krótki. Zapach jego ciała był tak samo przyjemny jak zawsze, a to ciepło ogrzewało mu serce, ale i tak nie udało mu się zrealizować własnego planu. Zamknął jedynie oczy, a kiedy Prewett zaczął oddychać spokojniej, otworzył je i obserwował, jak chłopak śpi.
Chyba nigdy nie czuł się tak obleśnie jak dzisiaj. Usłyszeć to wszystko, co usłyszał i zrobić to tak czy siak. Mógł dzisiaj przynieść mu kwiaty, uszczęśliwić go, a później wrócić do domu z poczuciem, że zrobił coś dobrego. Zamiast tego przytulał do siebie ciało chłopaka, którego skrzywdził bezpowrotnie, z którym nie stworzy już relacji opartej na czymś zdrowym, na przyjaźni. Nie stanie się tym, czego Laurent po nim oczekiwał, więc ten odrzuci go jak resztę swoich szmacianych lalek, żeby oczyścić umysł. Nie mógł go za to winić. Nie mógł go też winić za oddanie mu się w taki sposób. Wszystko sprowadzało się do tego, co pomyślał sobie w tym cholernym barze nad jeziorem, kiedy wszystko poszło nie tak - to musiała być jego wina, jakieś fatum, on przyciągał złe zakończenia. Miał ochotę się popłakać, ale nie mógł zrobić tego tutaj, bo nawet jeżeli dał Laurentowi przyzwolenie na bycie babą, to nigdy nie dał go sobie - pocałował go więc w skroń i wysunął się z uścisku, w jakim się znajdowali, żeby zejść z łóżka, podnieść paczkę papierosów leżącą obok jego porzuconych po drodze spodni i zamknąć się z nimi w łazience.
Cain mówił coś o tym, że takie prysznice pomagają mu się wyciszyć. Jemu nie pomagały za cholerę. Siedział w tej wannie, pozwalając zimnej wodzie spływać po swoim ciele, wychylając się zza niej tylko po to, żeby zaciągać się papierosami, których miał nie palić w środku domu. Strzepywał popiół obok swoich nóg, obserwując zza spuchniętych, zaczerwienionych oczu, jak kończy w odpływie. Wpadł tutaj w kolejny atak histerii, ale nie miał przy sobie noża, żeby powtórzyć akcję sprzed tygodni, na szczęście miał paznokcie, którymi mógł rozdrapać ledwo zagojoną ranę.
Wszystko wydawało się być kwestią czasu. Zostanie bez nich. Mógł się z nimi przynajmniej spotkać ostatni raz i dać im jakieś miłe wspomnienia. Coś, o czym mogliby sobie przypomnieć i pomyśleć, że może nie był aż tak zły, jakim go zapamiętali. Nie potrafił tylko dobrać sposobu - nie chciał przecież, żeby znaleźli jego ciało, ale nie chciał też, żeby oczekiwali jego powrotu, skoro już nie wróci.
Po wszystkim dotykał go jak zawsze. Gładził siwe włosy, sunął palcami po spoconej skórze, układając ich do snu, nawet jeżeli miał być płytki i krótki. Zapach jego ciała był tak samo przyjemny jak zawsze, a to ciepło ogrzewało mu serce, ale i tak nie udało mu się zrealizować własnego planu. Zamknął jedynie oczy, a kiedy Prewett zaczął oddychać spokojniej, otworzył je i obserwował, jak chłopak śpi.
Chyba nigdy nie czuł się tak obleśnie jak dzisiaj. Usłyszeć to wszystko, co usłyszał i zrobić to tak czy siak. Mógł dzisiaj przynieść mu kwiaty, uszczęśliwić go, a później wrócić do domu z poczuciem, że zrobił coś dobrego. Zamiast tego przytulał do siebie ciało chłopaka, którego skrzywdził bezpowrotnie, z którym nie stworzy już relacji opartej na czymś zdrowym, na przyjaźni. Nie stanie się tym, czego Laurent po nim oczekiwał, więc ten odrzuci go jak resztę swoich szmacianych lalek, żeby oczyścić umysł. Nie mógł go za to winić. Nie mógł go też winić za oddanie mu się w taki sposób. Wszystko sprowadzało się do tego, co pomyślał sobie w tym cholernym barze nad jeziorem, kiedy wszystko poszło nie tak - to musiała być jego wina, jakieś fatum, on przyciągał złe zakończenia. Miał ochotę się popłakać, ale nie mógł zrobić tego tutaj, bo nawet jeżeli dał Laurentowi przyzwolenie na bycie babą, to nigdy nie dał go sobie - pocałował go więc w skroń i wysunął się z uścisku, w jakim się znajdowali, żeby zejść z łóżka, podnieść paczkę papierosów leżącą obok jego porzuconych po drodze spodni i zamknąć się z nimi w łazience.
Cain mówił coś o tym, że takie prysznice pomagają mu się wyciszyć. Jemu nie pomagały za cholerę. Siedział w tej wannie, pozwalając zimnej wodzie spływać po swoim ciele, wychylając się zza niej tylko po to, żeby zaciągać się papierosami, których miał nie palić w środku domu. Strzepywał popiół obok swoich nóg, obserwując zza spuchniętych, zaczerwienionych oczu, jak kończy w odpływie. Wpadł tutaj w kolejny atak histerii, ale nie miał przy sobie noża, żeby powtórzyć akcję sprzed tygodni, na szczęście miał paznokcie, którymi mógł rozdrapać ledwo zagojoną ranę.
Wszystko wydawało się być kwestią czasu. Zostanie bez nich. Mógł się z nimi przynajmniej spotkać ostatni raz i dać im jakieś miłe wspomnienia. Coś, o czym mogliby sobie przypomnieć i pomyśleć, że może nie był aż tak zły, jakim go zapamiętali. Nie potrafił tylko dobrać sposobu - nie chciał przecież, żeby znaleźli jego ciało, ale nie chciał też, żeby oczekiwali jego powrotu, skoro już nie wróci.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.