25.05.2024, 15:07 ✶
Słyszał te wszystkie jego pytania, jedno za drugim, ale nie co mu po odpowiedzeniu na nie, co mu po tym wszystkim? Alexander po prostu musiał poukładać to sobie w głowie, a on musiał zwinąć się w mały, ciasny kłębek. Jak nie będzie go widział, to pewnie będzie mniej bolało. Mały ciasny kłębek, do którego być może nie dotrze szara, smutna rzeczywistość, w której był tak mocno niezrozumiany. Zresztą... starszy Bell i tak wydawał się być teraz ledwo obecny. Z tego też powodu Flynn od razu postanowił uciec - niby nie chciał być puszczony, nie chciał wypaść z tych objęć, z drugiej strony bardzo chętnie ścigałby się z nim do tych drzwi i rozbiegł się w przeciwnych kierunkach, tak żeby nie musieć patrzeć sobie w oczy, kiedy docierało do nich, co właściwie się wydarzyło.
Czy można było mieć dwóch mężów? Nie mógł mieć nawet jednego - zakazywało tego pierdolone prawo - ale może chociaż mógł o tym marzyć? Może gwiazdy wcale nie oceniały głupich, małych ludzi, którzy nie potrafili się zdecydować, kiedy ich serce wyrywało się w obie strony jednocześnie, kiedy wszystko w nich śpiewało zarówno wtedy, kiedy widzieli jedną twarz, jak i kiedy wiedzieli drugą.
Oh, ale przecież społeczeństwo miało na to specjalną nazwę. Mówiło się na to kurewstwo.
Wybiegłby stąd. Wybiegłby w panice gdyby nie ta ręka, co go trzymała na tej sofie, co go uziemiała z taką samą mocą, z jaką uderzenie w twarz kilka lat temu przestawiło mu trybiki i dotarło do niego, że nie musiał się wiecznie napinać i krzyczeć, bo Fantasmagoria, niezależnie od tego czy był tutaj dla Alexandra, czy dla reszty cyrkowców, była jego dobrym miejscem.
- R-rozumiesz to - powiedział, naprowadzając go na to, że to nie było tak - nie przesłyszał się, nie było tu żadnego niedopowiedzenia, Flynn się nie przejęzyczył, ani nie zgubił gdzieś po drodze żadnych mniej lub bardziej istotnych faktów. - Ciebie i Raziela. - Ale co tu się działo? Co się tutaj działo poza brakiem hamulców i jakiejkolwiek kontroli, które ostatecznie zaprowadziły go do tego, że się już nie potrafił z tego wyplątać? Kiedyś chciał mu zasugerować, żeby usunął sobie o nim pamięć, a potem przeraził się tą myślą tak głęboko, musiał się spić, żeby w ogóle zasnąć.
I co miał dodać? Kolejne „przepraszam”? Brzmiało w jego głowie gorzej niż gdyby go nazwał idiotą. Inni ludzie powtarzali to słowo jak mantrę, co chwila, co zdanie, jego drażniło jak innych pisk opon i smród palonej gumy.
- Ja... - znów zachłysnął się powietrzem - przeprosiłem cię, bo nie zrozumiałeś mnie tej nocy - kiedy rozwalił mu parapet posążkiem i nigdy go nie naprawił, chociaż miał go naprawić już jakieś dwadzieścia razy - nie mogę przeprosić cię za to uczucie.
Czy można było mieć dwóch mężów? Nie mógł mieć nawet jednego - zakazywało tego pierdolone prawo - ale może chociaż mógł o tym marzyć? Może gwiazdy wcale nie oceniały głupich, małych ludzi, którzy nie potrafili się zdecydować, kiedy ich serce wyrywało się w obie strony jednocześnie, kiedy wszystko w nich śpiewało zarówno wtedy, kiedy widzieli jedną twarz, jak i kiedy wiedzieli drugą.
Oh, ale przecież społeczeństwo miało na to specjalną nazwę. Mówiło się na to kurewstwo.
Wybiegłby stąd. Wybiegłby w panice gdyby nie ta ręka, co go trzymała na tej sofie, co go uziemiała z taką samą mocą, z jaką uderzenie w twarz kilka lat temu przestawiło mu trybiki i dotarło do niego, że nie musiał się wiecznie napinać i krzyczeć, bo Fantasmagoria, niezależnie od tego czy był tutaj dla Alexandra, czy dla reszty cyrkowców, była jego dobrym miejscem.
- R-rozumiesz to - powiedział, naprowadzając go na to, że to nie było tak - nie przesłyszał się, nie było tu żadnego niedopowiedzenia, Flynn się nie przejęzyczył, ani nie zgubił gdzieś po drodze żadnych mniej lub bardziej istotnych faktów. - Ciebie i Raziela. - Ale co tu się działo? Co się tutaj działo poza brakiem hamulców i jakiejkolwiek kontroli, które ostatecznie zaprowadziły go do tego, że się już nie potrafił z tego wyplątać? Kiedyś chciał mu zasugerować, żeby usunął sobie o nim pamięć, a potem przeraził się tą myślą tak głęboko, musiał się spić, żeby w ogóle zasnąć.
I co miał dodać? Kolejne „przepraszam”? Brzmiało w jego głowie gorzej niż gdyby go nazwał idiotą. Inni ludzie powtarzali to słowo jak mantrę, co chwila, co zdanie, jego drażniło jak innych pisk opon i smród palonej gumy.
- Ja... - znów zachłysnął się powietrzem - przeprosiłem cię, bo nie zrozumiałeś mnie tej nocy - kiedy rozwalił mu parapet posążkiem i nigdy go nie naprawił, chociaż miał go naprawić już jakieś dwadzieścia razy - nie mogę przeprosić cię za to uczucie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.