25.05.2024, 15:24 ✶
Nie skomentowałem słów Laurenta, ale doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że ściskał swoją różdżkę za plecami. Może nie kierował jej w moją stronę, ale JESZCZE tego nie robił. Zabezpieczał się, być może bardziej odruchowo niż świadomie, ale to nie zmieniało faktu, że byłem potworem i trzeba było się przede mną zabezpieczać. Na tę myśl, aż po plecach przeszedł mi zimny dreszcz, a właściwie coś na jego podobiznę.
Ale... Zawsze było jakieś ale. Ale kiedy Laurent wydał rozkaz...? Cóż, brzmiało to jak rozkaz. Ale nieistotne, kiedy po prostu odezwał się tak nagląco, nie byłem w stanie pozostać obojętnym na te marne próby odwrócenia mojej uwagi od tego czym się stałem.
- Nie demonizować?! W takim razie czemu wciąż ściskasz w dłoni swoją różdżkę?! Przypadek?! - zapytałem przepełniony poddenerwowaniem i ironią. Żałosne, że to właśnie on próbował mi wmawiać, że jest inaczej. Te swoje przypadkowe śpiewy zapewne również tak bagatelizował, więc... morał z tego spotkania był zapewne taki, że oboje powinniśmy zginąć, zginąć marnie i najlepiej zostać spalonymi. Ale nie mogłem nic zrobić w tym zakresie, bo to byłoby na fair w stosunku do Laurenta, który nie mógł umrzeć przez to, że go ugryzłem, do mojej rodziny, która wiele wysiłku dawała w to bym jakoś funkcjonował, a szczególnie dla samej Geraldine, która już raz znalazła mnie martwego.
Nieco odetchnąłem, kiedy zniknął za drzwiami łazienki. Zdjąłem koszulę i przetarłem nią twarz, jak gdybym mógł w ten sposób uwolnić się od tego zapachu i tego smaku, ale to wciąż wisiało nade mną niczym kosa Śmierci. Zginę marnie. Wystarczy tylko słowo Laurenta skierowane do odpowiedniego pracownika Ministerstwa Magii i zginę marnie, a przy okazji przyniosę hańbę rodzinie.
Wcisnąłem odzienie między oparcie a poduszkę, a sam sięgnąłem po papierosa. Miał odwrócić moją uwagę od smaku krwi, od tych wstrętnych myśli. A jeszcze rano byłem taki zmotywowany i zdeterminowany, pomimo nudnej lektury na dziś, a... stało się co się stało. Ba!, nawet cieszyłem się, że pomogę Ger i jej znajomemu. Fajnie pomogłem. Ciekawe, czy opowie siostrze, co też go ciekawego zastało w jej mieszkaniu? Ger to zapewne zrozumie, szczególnie że go nie zabiłem, ale... co powiedzieliby rodzice?
Opadłem na kanapę i położyłem głowę na jej oparciu. Nie miałem prawa prosić go o dyskrecję w takiej sytuacji, też trochę duma mi nie pozwalała, ale... musiałem. Za wszelką cenę. Go namówić. Negocjować. Za wiele to nie miałem do zaoferowania. On z kolei miał wszystko, więc... Marnie to widziałem. Zaciągnąłem się papierosem i drgnąłem, kiedy mój wzrok padł na niego, takiego osłabionego.
- Może... lepiej usiądź - poradziłem, wskazując fotel, na którym siedziałem jakiś czas temu. Miałem wrażenie, że dobrych parę lat temu. Sam znowu się zaciągnąłem papierosem i ponownie spojrzałem na sufit. Próbowałem się wyciszyć, wymyślić coś, ale nie znałem go. Nie miałem o nim zielonego pojęcia. Wiedziałem jedynie tyle, że był bogatym paniczem, wstrętną półselkie... obłędnie smakującą półselkie.
Dobra, ten pozorny chill nic mi nie dawał, więc usiadłem prosto, poprawiłem się, ale nie pozbywałem się papierosa. Zamierzałem zaciągać się za każdym razem, kiedy tylko pomyślę o jego szyi. O, właśnie teraz.
Zaciągnąłem się, odetchnąłem dosyć płytko i w końcu odezwałem, wbijając spojrzenie w Laurenta. Jeśli zamierzał tam zasłabnąć na tych miękkich nogach, to zapewne miałem lecieć z pomocą, ale na razie próbowałem się trzymać na dystans. By nie kusić losu.
- Nie powinienem cię gryźć bez pozwolenia. Mój błąd. Przyjmę na siebie konsekwencje, jeśli zdecydujesz się to zgłosić odpowiednim służbom, jednakże... chciałbym cię prosić o przebaczenie i dyskrecję w tym temacie, nawet przed moją siostrą, jeśli jest taka możliwość. Oczywiście w zamian jestem do twojej dyspozycji... Czy jest coś, co mógłbym zrobić, żeby zrekompensować twoje straty? - zapytałem całkiem stabilnie i rzeczowo jak na osobę, która była wewnątrz kompletnie rozbita, przerażona i niepewna swoich kolejnych kroków. Trzymałem się tego - bynajmniej na ten moment - że jestem przyrośnięty do kanapy. Nie mogłem z niej wstać wedle tej dziecięcej wizji. Podłoga mogła być mi nawet lawą czy coś.
Ale... Zawsze było jakieś ale. Ale kiedy Laurent wydał rozkaz...? Cóż, brzmiało to jak rozkaz. Ale nieistotne, kiedy po prostu odezwał się tak nagląco, nie byłem w stanie pozostać obojętnym na te marne próby odwrócenia mojej uwagi od tego czym się stałem.
- Nie demonizować?! W takim razie czemu wciąż ściskasz w dłoni swoją różdżkę?! Przypadek?! - zapytałem przepełniony poddenerwowaniem i ironią. Żałosne, że to właśnie on próbował mi wmawiać, że jest inaczej. Te swoje przypadkowe śpiewy zapewne również tak bagatelizował, więc... morał z tego spotkania był zapewne taki, że oboje powinniśmy zginąć, zginąć marnie i najlepiej zostać spalonymi. Ale nie mogłem nic zrobić w tym zakresie, bo to byłoby na fair w stosunku do Laurenta, który nie mógł umrzeć przez to, że go ugryzłem, do mojej rodziny, która wiele wysiłku dawała w to bym jakoś funkcjonował, a szczególnie dla samej Geraldine, która już raz znalazła mnie martwego.
Nieco odetchnąłem, kiedy zniknął za drzwiami łazienki. Zdjąłem koszulę i przetarłem nią twarz, jak gdybym mógł w ten sposób uwolnić się od tego zapachu i tego smaku, ale to wciąż wisiało nade mną niczym kosa Śmierci. Zginę marnie. Wystarczy tylko słowo Laurenta skierowane do odpowiedniego pracownika Ministerstwa Magii i zginę marnie, a przy okazji przyniosę hańbę rodzinie.
Wcisnąłem odzienie między oparcie a poduszkę, a sam sięgnąłem po papierosa. Miał odwrócić moją uwagę od smaku krwi, od tych wstrętnych myśli. A jeszcze rano byłem taki zmotywowany i zdeterminowany, pomimo nudnej lektury na dziś, a... stało się co się stało. Ba!, nawet cieszyłem się, że pomogę Ger i jej znajomemu. Fajnie pomogłem. Ciekawe, czy opowie siostrze, co też go ciekawego zastało w jej mieszkaniu? Ger to zapewne zrozumie, szczególnie że go nie zabiłem, ale... co powiedzieliby rodzice?
Opadłem na kanapę i położyłem głowę na jej oparciu. Nie miałem prawa prosić go o dyskrecję w takiej sytuacji, też trochę duma mi nie pozwalała, ale... musiałem. Za wszelką cenę. Go namówić. Negocjować. Za wiele to nie miałem do zaoferowania. On z kolei miał wszystko, więc... Marnie to widziałem. Zaciągnąłem się papierosem i drgnąłem, kiedy mój wzrok padł na niego, takiego osłabionego.
- Może... lepiej usiądź - poradziłem, wskazując fotel, na którym siedziałem jakiś czas temu. Miałem wrażenie, że dobrych parę lat temu. Sam znowu się zaciągnąłem papierosem i ponownie spojrzałem na sufit. Próbowałem się wyciszyć, wymyślić coś, ale nie znałem go. Nie miałem o nim zielonego pojęcia. Wiedziałem jedynie tyle, że był bogatym paniczem, wstrętną półselkie... obłędnie smakującą półselkie.
Dobra, ten pozorny chill nic mi nie dawał, więc usiadłem prosto, poprawiłem się, ale nie pozbywałem się papierosa. Zamierzałem zaciągać się za każdym razem, kiedy tylko pomyślę o jego szyi. O, właśnie teraz.
Zaciągnąłem się, odetchnąłem dosyć płytko i w końcu odezwałem, wbijając spojrzenie w Laurenta. Jeśli zamierzał tam zasłabnąć na tych miękkich nogach, to zapewne miałem lecieć z pomocą, ale na razie próbowałem się trzymać na dystans. By nie kusić losu.
- Nie powinienem cię gryźć bez pozwolenia. Mój błąd. Przyjmę na siebie konsekwencje, jeśli zdecydujesz się to zgłosić odpowiednim służbom, jednakże... chciałbym cię prosić o przebaczenie i dyskrecję w tym temacie, nawet przed moją siostrą, jeśli jest taka możliwość. Oczywiście w zamian jestem do twojej dyspozycji... Czy jest coś, co mógłbym zrobić, żeby zrekompensować twoje straty? - zapytałem całkiem stabilnie i rzeczowo jak na osobę, która była wewnątrz kompletnie rozbita, przerażona i niepewna swoich kolejnych kroków. Trzymałem się tego - bynajmniej na ten moment - że jestem przyrośnięty do kanapy. Nie mogłem z niej wstać wedle tej dziecięcej wizji. Podłoga mogła być mi nawet lawą czy coś.