Jak nikt inny rozumiał, że istniały różne rodzaje bólu - istniał ból fizyczny, który pewnie z tęsknoty zadawał sobie sam, oraz ból psychiczny, zaciskający się teraz całą swoją mocą na jego pękającym sercu. Chyba nigdy nie myślał o seksie w ten sposób - jak o czymś mogącym pociągnąć go w dół mocniej i gwałtowniej niż kamień uwiązany do szyi, kiedy spadał w bezkresną toń oceanu - a jednak Laurent udowodnił mu, że się dało. Pokazał mu przed chwilą, że fizyczne uniesienie, od których był z pewnością uzależniony, potrafiły, zamiast uleczyć go z tego, co go męczyło, trepanować mu czaszkę. Czuł się jakby ktoś mu te cholerne, hałasujące wiertła przystawił do łba i odpalił silnik.
Otworzone drzwi wybiły go z rytmu cichego łkania, tak cichego, żeby nie dało się go usłyszeć spomiędzy szumu spadających na niego kropli wody. Przesunął wzrokiem do dramatycznie osuwającego się na framugę Laurenta i w pierwszej chwili wydał się nieobecny, później wpatrywał się w szkarłatną plamę na swojej nodze, która rozmyła się wraz ze zmianą ułożenia ciała w wannie (bo wreszcie mogła opaść na tę ranę woda, wcześniej zasłaniały ją przygarbione plecy) tak samo jak zmiękczyły się jego rysy twarzy. Chłopak nie powinien przekraczać progu tej łazienki.
- P-przepraszam - wydukał ledwo, unosząc do góry rękę i blondyn mógł poczuć, jak podtrzymuje go niewidzialna siła. Ale za co dokładnie przepraszał? Najgorsze było to, że nie pamiętał. Miał jakieś prześwity wybuchu, pamiętał silne uderzenia własnego serca, a także to, jak siedział tutaj, karcąc się za wulgarność i dzikość i to jak nie potrafił się powstrzymywać, ale jakby go ktoś zapytał o detale - nie umiałby nawet skłamać. Wiedział za to, jak ciężko mu było odrzucić ten całun pozorów, że był człowiekiem silnym, groźnym, zdolnym do wyrządzenia krzywdy każdemu, jeżeli tylko miał taki kaprys. Crow był przecież kimś silnym, kimś będącym tamą dla wszystkiego, co w nim żyło, ale... Ta tama teraz pękała, już kolejny raz w raz z tą krwią rozlewała się tutaj prawda o tym, jak wiele w sobie dusił, jaką był bezkształtną masą udającą od lat prawdziwego człowieka, a w rzeczywistości pozostawał sklejką krótkich faktów przyklejającą się do innych i tkwiącą w wiecznej pętli wyrzutów sumienia. Ile on już tu siedział...? To był dramat - chłód tej wody wyziębił go już doszczętnie, a i tak wydawało mu się, że przeszedł go teraz pod żebrami lodowaty dreszcz, kiedy sobie przypomniał, dlaczego wydukał to słowo, którego tak szczerze i z namiętnością nienawidził. - Za to co ci zrobiłem. - Miało się jednak wrażenie, że bardziej niż krzywdę Laurentowi, zadał ją samemu sobie. On też był człowiekiem skrzywdzonym, nawet jeżeli doprowadził się tutaj trudnym do zrozumienia i okiełznania szaleństwem. - Wyjdź. - Dodałby proszę, ale kiedy spróbował, poczuł w gardle szorstkość, nie mógł wypuścić z niego nic prócz żałosnego 'eh'. - N-nie oglądaj mnie takim. - Takim na przedsionku śmiałości do odebrania sobie życia. To... to mijało, po jakimś czasie. To minie, prawda? Często miewał takie myśli - potrafił żałować tego, że Atreus go tam wtedy nie skatował. Albo fantazjował, że nigdy nie poznał Moody i wyjechał do Stanów i zabił się tam, tak jak planował. Ona zaszczepiła w nim też wtedy inne myśli - ciekawe czy ktoś przyszedłby na mój pogrzeb. I z jednej strony nie potrafił znieść wizji, że ktokolwiek o nim zapomniał, a z drugiej... miał nadzieję, że nie. Albo, że dałoby się całkowicie przestać istnieć - cofnąć własną egzystencję i nigdy nie musieć zastanawiać się, czy jutro ziszczą się twoje najgorsze koszmary.
Nerwowo zakręcił kran i zaczął wyciskać przemoczone włosy.
Otworzone drzwi wybiły go z rytmu cichego łkania, tak cichego, żeby nie dało się go usłyszeć spomiędzy szumu spadających na niego kropli wody. Przesunął wzrokiem do dramatycznie osuwającego się na framugę Laurenta i w pierwszej chwili wydał się nieobecny, później wpatrywał się w szkarłatną plamę na swojej nodze, która rozmyła się wraz ze zmianą ułożenia ciała w wannie (bo wreszcie mogła opaść na tę ranę woda, wcześniej zasłaniały ją przygarbione plecy) tak samo jak zmiękczyły się jego rysy twarzy. Chłopak nie powinien przekraczać progu tej łazienki.
- P-przepraszam - wydukał ledwo, unosząc do góry rękę i blondyn mógł poczuć, jak podtrzymuje go niewidzialna siła. Ale za co dokładnie przepraszał? Najgorsze było to, że nie pamiętał. Miał jakieś prześwity wybuchu, pamiętał silne uderzenia własnego serca, a także to, jak siedział tutaj, karcąc się za wulgarność i dzikość i to jak nie potrafił się powstrzymywać, ale jakby go ktoś zapytał o detale - nie umiałby nawet skłamać. Wiedział za to, jak ciężko mu było odrzucić ten całun pozorów, że był człowiekiem silnym, groźnym, zdolnym do wyrządzenia krzywdy każdemu, jeżeli tylko miał taki kaprys. Crow był przecież kimś silnym, kimś będącym tamą dla wszystkiego, co w nim żyło, ale... Ta tama teraz pękała, już kolejny raz w raz z tą krwią rozlewała się tutaj prawda o tym, jak wiele w sobie dusił, jaką był bezkształtną masą udającą od lat prawdziwego człowieka, a w rzeczywistości pozostawał sklejką krótkich faktów przyklejającą się do innych i tkwiącą w wiecznej pętli wyrzutów sumienia. Ile on już tu siedział...? To był dramat - chłód tej wody wyziębił go już doszczętnie, a i tak wydawało mu się, że przeszedł go teraz pod żebrami lodowaty dreszcz, kiedy sobie przypomniał, dlaczego wydukał to słowo, którego tak szczerze i z namiętnością nienawidził. - Za to co ci zrobiłem. - Miało się jednak wrażenie, że bardziej niż krzywdę Laurentowi, zadał ją samemu sobie. On też był człowiekiem skrzywdzonym, nawet jeżeli doprowadził się tutaj trudnym do zrozumienia i okiełznania szaleństwem. - Wyjdź. - Dodałby proszę, ale kiedy spróbował, poczuł w gardle szorstkość, nie mógł wypuścić z niego nic prócz żałosnego 'eh'. - N-nie oglądaj mnie takim. - Takim na przedsionku śmiałości do odebrania sobie życia. To... to mijało, po jakimś czasie. To minie, prawda? Często miewał takie myśli - potrafił żałować tego, że Atreus go tam wtedy nie skatował. Albo fantazjował, że nigdy nie poznał Moody i wyjechał do Stanów i zabił się tam, tak jak planował. Ona zaszczepiła w nim też wtedy inne myśli - ciekawe czy ktoś przyszedłby na mój pogrzeb. I z jednej strony nie potrafił znieść wizji, że ktokolwiek o nim zapomniał, a z drugiej... miał nadzieję, że nie. Albo, że dałoby się całkowicie przestać istnieć - cofnąć własną egzystencję i nigdy nie musieć zastanawiać się, czy jutro ziszczą się twoje najgorsze koszmary.
Nerwowo zakręcił kran i zaczął wyciskać przemoczone włosy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.