25.05.2024, 19:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:24 przez Lorraine Malfoy.)
Skrzywiła się lekko na dźwięk słowa "matka". To miano zawsze wywoływało w niej skonfliktowane uczucia, ale od czasu Lithy wywoływało ból niemalże fizyczny. Czuła zdradzieckie kłucie w piersi, gdzieś głęboko, między żebrami, rozlewające się tępo na resztę ciała. Wspomnienie Mirandy - jedynej kobiety, którą nazywała "matką", bo ta prawdziwa zabiła się, ledwo wydała ją na świat - wciąż tak żywe w jej umyśle, nałożyło się na obraz Matki-bogini, którą nie bez powodu wolała wzywać imieniem "Pani Księżyca". Lorraine przeżywała silny kryzys wiary, a mężczyźni, z którymi siedziała przy tym stoliku, dobitnie jej o tym przypominali: nieobecny Murtagh, ponieważ pochodził z Macmillanów, i był obecny tamtej pamiętnej nocy w Stonehedge, a mrugający do niej Atreus - przypominał o tym zimnem swojej dłoni, zimnem, przed którym nie ocalili go jej bogowie.
Powstrzymała się przed poniżającą chęcią wytłumaczenia mu się ze swojego zachowania. Przed spytaniem, tonem zaprawionym słodyczą: jesteś zazdrosny? Przed zapewnieniem: przecież wiesz, że tylko ciebie nazywam "słodkim chłopcem" I głaszczę po główce. Może kiedyś by tak powiedziała, ale nie dzisiaj. Och, Atreusek potrafił być taki przenikliwy i taki bezmyślny zarazem.
Murtagh nie jest pierwszym mężczyzną, dla którego jestem tym, kim on chce, żebym dla niego była. Nic nie powiedziała na komentarz Bulstrode'a. Patrzyła tylko na niego, rozważając chłodno, czy gdyby wypowiedziała na głos tę myśl, wyszedłby bez słowa, obrażony, odpowiedziałby inną retortą, czy kazał jej po prostu iść do diabła.
Uśmiechnęła się lekko.
Cóż, nie chciała zostać tego wieczoru sama, więc po prostu zamilkła. Jak zawsze.
Zresztą, kiedy niebezpieczeństwo, że Murtagh coś nieopatrznie palnie w rozmowie z Atreusem minęło, Lorraine dostrzegła humor w całej tej sytuacji. Tak, wysyłam go za karę do kąta, kiedy wraca z polowań na mugole, pomyślała, rozbawiona, w pewien pokraczny sposób, układam jego porozrzucane zabaweczki w Rose Noire - bo przecież sam nie umie zaprowadzić porządku pośród kurew, które zatrudniam jako informatorki - i sprawdzam ortografię w wierszach, które wysyła Dianie.
Taka apropriacja kulturowa jej mommy issues była czasem naprawdę nie do zniesienia. Choć może sama się na nią zgodziła, kiedy pozwoliła się nazywać "matką chrzestną Nokturnu".
- Dobrze, że na moją jeszcze odpisujesz. - przewróciła tylko oczami, i na chwilę przeniosła wzrok na scenę, na którą okazjonalnie zerkała, bardziej zainteresowana jednak tym, co chce jej powiedzieć siedzący obok Atreus, niż romantycznymi podbojami kolejnego uczestnika widowiska randkowego. Słuchała jednym uchem tego, co działo się dookoła, łowiła spojrzeniem znajome twarze, sama siedziała jednak tak, że Atreus przesłaniał jej drobną postać: w ten sposób mogła bezkarnie oddać się obserwacji.
- A ty co, jego alfons? - spytała słodko Lorraine, przenosząc spojrzenie z powrotem na twarz mężczyzny. Kiedy znów uśmiechnęła się do Atreusa, w jej oczach błysnęła przekora. - Bogaty jest chociaż? - zakpiła najpierw, kiedy chwalił, jaki to wspaniały kawaler rozchwytywany był właśnie przez zdesperowane cizie z widowiska randkowego. Słysząc jednak, że jest to ktoś, kogo powinna poznać, zdziwiła się teatralnie. - Powinnam? - spytała, a w jej głosie przebrzmiało powątpiewanie podszyte nadętą wyniosłością dobrze urodzonej panny.
Już ona dobrze wiedziała, do czego zmierzał ten atreusowy żart.
- Niech zgadnę. Matthew to mafiozo z Nokturnu incognito. "Miejskie uroki", w których gustuje, to terroryzowanie ulic nędzy, wyciąganie haraczy i rabowanie kasyn. "Ta jedyna" - to była do tej pory różdżka, zawsze u boku i w pełnej gotowości. Napisał coś o gwiazdach, bo słyszał, jak mówią o nim, że "jest spod ciemnej gwiazdy", zaś róże, którymi usłana jest jego droga pochodzą z wiązanek pogrzebowych wręczanych rodzinom ofiar. Mam znaleźć informacje na jego temat i ocenić, czy warto go posadzić przed Wizengamotem... - Odchyliła się nieco na krześle, bo do tej pory mówiła cicho, nachylona w stronę Atreusa. Prychnęła, rozbawiona. - ...Bo ty, oczywiście, jesteś tutaj służbowo. - Ostatni raz ścisnęła jego dłoń, uśmiechając się krótko - trochę psotnie, trochę z przekąsem - i cofnęła rękę.
Upiła nieco drinka. Alkohol zaszumiał jej w głowie. Zachichotała.
- Chyba, że po prostu naszło cię na figle, i namówiłeś Maeve, żeby przemieniła się w faceta, coby zniszczyć jakiemuś biedakowi życie.
Masz takie wyrafinowane poczucie humoru, kochanie.
Powstrzymała się przed poniżającą chęcią wytłumaczenia mu się ze swojego zachowania. Przed spytaniem, tonem zaprawionym słodyczą: jesteś zazdrosny? Przed zapewnieniem: przecież wiesz, że tylko ciebie nazywam "słodkim chłopcem" I głaszczę po główce. Może kiedyś by tak powiedziała, ale nie dzisiaj. Och, Atreusek potrafił być taki przenikliwy i taki bezmyślny zarazem.
Murtagh nie jest pierwszym mężczyzną, dla którego jestem tym, kim on chce, żebym dla niego była. Nic nie powiedziała na komentarz Bulstrode'a. Patrzyła tylko na niego, rozważając chłodno, czy gdyby wypowiedziała na głos tę myśl, wyszedłby bez słowa, obrażony, odpowiedziałby inną retortą, czy kazał jej po prostu iść do diabła.
Uśmiechnęła się lekko.
Cóż, nie chciała zostać tego wieczoru sama, więc po prostu zamilkła. Jak zawsze.
Zresztą, kiedy niebezpieczeństwo, że Murtagh coś nieopatrznie palnie w rozmowie z Atreusem minęło, Lorraine dostrzegła humor w całej tej sytuacji. Tak, wysyłam go za karę do kąta, kiedy wraca z polowań na mugole, pomyślała, rozbawiona, w pewien pokraczny sposób, układam jego porozrzucane zabaweczki w Rose Noire - bo przecież sam nie umie zaprowadzić porządku pośród kurew, które zatrudniam jako informatorki - i sprawdzam ortografię w wierszach, które wysyła Dianie.
Taka apropriacja kulturowa jej mommy issues była czasem naprawdę nie do zniesienia. Choć może sama się na nią zgodziła, kiedy pozwoliła się nazywać "matką chrzestną Nokturnu".
- Dobrze, że na moją jeszcze odpisujesz. - przewróciła tylko oczami, i na chwilę przeniosła wzrok na scenę, na którą okazjonalnie zerkała, bardziej zainteresowana jednak tym, co chce jej powiedzieć siedzący obok Atreus, niż romantycznymi podbojami kolejnego uczestnika widowiska randkowego. Słuchała jednym uchem tego, co działo się dookoła, łowiła spojrzeniem znajome twarze, sama siedziała jednak tak, że Atreus przesłaniał jej drobną postać: w ten sposób mogła bezkarnie oddać się obserwacji.
- A ty co, jego alfons? - spytała słodko Lorraine, przenosząc spojrzenie z powrotem na twarz mężczyzny. Kiedy znów uśmiechnęła się do Atreusa, w jej oczach błysnęła przekora. - Bogaty jest chociaż? - zakpiła najpierw, kiedy chwalił, jaki to wspaniały kawaler rozchwytywany był właśnie przez zdesperowane cizie z widowiska randkowego. Słysząc jednak, że jest to ktoś, kogo powinna poznać, zdziwiła się teatralnie. - Powinnam? - spytała, a w jej głosie przebrzmiało powątpiewanie podszyte nadętą wyniosłością dobrze urodzonej panny.
Już ona dobrze wiedziała, do czego zmierzał ten atreusowy żart.
- Niech zgadnę. Matthew to mafiozo z Nokturnu incognito. "Miejskie uroki", w których gustuje, to terroryzowanie ulic nędzy, wyciąganie haraczy i rabowanie kasyn. "Ta jedyna" - to była do tej pory różdżka, zawsze u boku i w pełnej gotowości. Napisał coś o gwiazdach, bo słyszał, jak mówią o nim, że "jest spod ciemnej gwiazdy", zaś róże, którymi usłana jest jego droga pochodzą z wiązanek pogrzebowych wręczanych rodzinom ofiar. Mam znaleźć informacje na jego temat i ocenić, czy warto go posadzić przed Wizengamotem... - Odchyliła się nieco na krześle, bo do tej pory mówiła cicho, nachylona w stronę Atreusa. Prychnęła, rozbawiona. - ...Bo ty, oczywiście, jesteś tutaj służbowo. - Ostatni raz ścisnęła jego dłoń, uśmiechając się krótko - trochę psotnie, trochę z przekąsem - i cofnęła rękę.
Upiła nieco drinka. Alkohol zaszumiał jej w głowie. Zachichotała.
- Chyba, że po prostu naszło cię na figle, i namówiłeś Maeve, żeby przemieniła się w faceta, coby zniszczyć jakiemuś biedakowi życie.
Masz takie wyrafinowane poczucie humoru, kochanie.