— Oczywiście, że tak. — Uśmiechnęła się promiennie. Jej odpowiedź padła od razu, nie potrzebowała chwili do zastanowienia się. A promieniujące lico zdradzało Viorice, że jej matka jest o tym święcie przekonana. — Przecież miłość objawia się w wielu rodzajach. Myślisz, że potrzebuję jej od kogoś jeszcze poza moją ukochaną córką?
Delikatnie przyciągnęła młodą czarownicę do siebie i złożyła pocałunek na jej głowie. Ralitsa zawsze ociekała matczyną troską. Nigdy też nie krępowała się okazywać swoich uczuć publicznie, czym oczywiście drażniła Vioricę podczas jej okresu buntu. Wtedy musiała się trochę dostosować do trudnego wieku córki, ale obecnie ta kwestia nie uchodziła już za sporną.
— Hm... Ciężko mi powiedzieć. Sama nie doświadczyłam tak często obecności przyzwoitki, jak by to pewnie wypadało... — Posłała jej tajemniczy uśmiech. Nie wywodziła się ze specjalnie zamożnej i szanowanej rodziny, więc w pewnym sensie od zawsze poruszała się poza marginesem konwenansów. Mało kto zwracał uwagę na dziecko imigrantów, zaś rodzice nie wymagali od niej wiele, gdyż z natury była spokojna i nie sprowadzała na siebie kłopotów.