25.05.2024, 22:43 ✶
Dom Juliusów stał pusty przez lata, cichy i chłodny, grobowiec, w którym wciąż czekały rzeczy i wspomnienia dawnych właścicieli. Ale teraz to był dom Zakonu Feniksa. I chociaż miało minąć wiele czasu, zanim stanie się naprawdę bezpieczny, nim będzie mógł im służyć tak, jak służyły Warownia i Strażnica, to zamierzali wymieść z niego mroczną przeszłość.
Brenny nie przerażały duchy i poltergeisty. Mogli sprowadzić egzorcystę, jeśli nie da się inaczej. Klątwy? Istnieli klątwołamacze. Uszkodzone drzwi? Wymienią je. Schody? Istnieli magowie, specjalizujący się w renowacjach. Jeśli ktoś będzie potrzebował schronienia, znajdzie je tutaj. Jeżeli będą musieli zorganizować jakieś treningi, mogą to zrobić w tych salach.
– W tym miejscu nie ma pokoju – powiedział duch i to był już jakiś początek, skoro zechciał się do nich odezwać. – Zostawcie moją rodzinę w spokoju.
– Pańska rodzina nie żyje, panie Julius – odparła Brenna, bardzo uprzejmie. Słowa mężczyzny sprawiły, że zaczęła się zastanawiać, czy nie był jednym z powodów, dla których inni lokatorzy tak szybko opuszczali to miejsce. Może wykurzali ich nie tylko poltergeist i portret ostrzegający przed klątwą. – Nie mamy kogo tu dręczyć. Może za to chciałby pan coś nam przekazać?
– Jesteście czystej krwi?
Nerwowy tik przemknął po twarzy Brenny, ale szybko odzyskała spokój.
– Longbottomowie. Czysta krew – powiedziała, głosem zupełnie wyzutym z emocji. Żadne kłamstwo, ale i przecież nie cała prawda: w tym domu przebywali teraz czarodzieje i czystej krwi, i półkrwi ze starszych rodów, ot „skażonych”, i mugolak. I tak już miało zostać, jak długo Księżycowy Staw należał do nich. Ale Julius niekoniecznie musiał od razu o tym wiedzieć. Być może nie chciał rozmawiać z niektórymi z poprzednich właścicieli przez wzgląd na ich krew?
Millie i Thomas przynieśli znad stawu opowieść o dumie Juliusów – i o tym, że pod względem poglądów przypominali większość czarodziejskich rodzin z lat czterdziestych.
Ignas unosił się w powietrzu i spojrzenie oczu pozbawionych barwy utkwił w Morpheusie.
– Czego tu szukacie?
Brenny nie przerażały duchy i poltergeisty. Mogli sprowadzić egzorcystę, jeśli nie da się inaczej. Klątwy? Istnieli klątwołamacze. Uszkodzone drzwi? Wymienią je. Schody? Istnieli magowie, specjalizujący się w renowacjach. Jeśli ktoś będzie potrzebował schronienia, znajdzie je tutaj. Jeżeli będą musieli zorganizować jakieś treningi, mogą to zrobić w tych salach.
– W tym miejscu nie ma pokoju – powiedział duch i to był już jakiś początek, skoro zechciał się do nich odezwać. – Zostawcie moją rodzinę w spokoju.
– Pańska rodzina nie żyje, panie Julius – odparła Brenna, bardzo uprzejmie. Słowa mężczyzny sprawiły, że zaczęła się zastanawiać, czy nie był jednym z powodów, dla których inni lokatorzy tak szybko opuszczali to miejsce. Może wykurzali ich nie tylko poltergeist i portret ostrzegający przed klątwą. – Nie mamy kogo tu dręczyć. Może za to chciałby pan coś nam przekazać?
– Jesteście czystej krwi?
Nerwowy tik przemknął po twarzy Brenny, ale szybko odzyskała spokój.
– Longbottomowie. Czysta krew – powiedziała, głosem zupełnie wyzutym z emocji. Żadne kłamstwo, ale i przecież nie cała prawda: w tym domu przebywali teraz czarodzieje i czystej krwi, i półkrwi ze starszych rodów, ot „skażonych”, i mugolak. I tak już miało zostać, jak długo Księżycowy Staw należał do nich. Ale Julius niekoniecznie musiał od razu o tym wiedzieć. Być może nie chciał rozmawiać z niektórymi z poprzednich właścicieli przez wzgląd na ich krew?
Millie i Thomas przynieśli znad stawu opowieść o dumie Juliusów – i o tym, że pod względem poglądów przypominali większość czarodziejskich rodzin z lat czterdziestych.
Ignas unosił się w powietrzu i spojrzenie oczu pozbawionych barwy utkwił w Morpheusie.
– Czego tu szukacie?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.