25.05.2024, 23:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.05.2024, 18:57 przez Brenna Longbottom.)
– Jasne – odparła Brenna, wyciągając do Millie kubek. Nie była to pewnie prośba często słyszana w domach czystej krwi, ale Brenna nie miała większych oporów wobec wyjadania z cudzych talerzy albo podsuwania własnego (talerza czy kubka) innym.
Poza tym ciężko byłoby jej teraz odmówić Millie czegokolwiek. Nie tylko łyka kakao.
– Jestem pewna, że pamiętał o jedzeniu – zapewniła, chociaż prawda była taka, że Alastor faktycznie o siebie specjalnie nie dbał. A Brenna bardzo się starała go o to nie nagabywać, bo był dorosłym człowiekiem, i tylko czasem podsuwać mu kanapkę, nieodmiennie albo osobiście, albo z liścikiem, z niewielkim, ledwo zauważalnym znaczkiem, który dla kogoś postronnego był ot przybrudzeniem na pergaminie, a Moody’emu miał potwierdzać, że podarek pochodzi faktycznie od Brenny, nie kogoś, kto sfałszował jej pismo. – Może więc zapomniałam o czymś innym. Nie wiem, napisać jakiś raport albo coś… – westchnęła. Przyglądała się Millie uważnie, gdy zaczęła się rozciągać, chociaż na razie nic nie wskazywało na to, że działo się cokolwiek złego.
Kiedy jakaś akcja?
Już za moment, Millie…
Brenna nie była może mistrzynią kłamstw, ale na pewno doskonale umiała poprzestawać na półprawdach. Nie czarowała poetyckimi słowami jak Morpheus, nie umiała zwodzić urokiem jak Jonathan, ale za to przeinaczanie słów… tak, to wychodziło jej całkiem dobrze.
– Mamy trochę planów – powiedziała, Mildred zresztą nie uwierzyłaby, gdyby powiedziała, że nie. – Szukamy pewnego artefaktu, poza tym trzeba dostosować do naszych potrzeb Księżycowy Staw, a to pochłonie trochę czasu.
Zadarła na moment głowę, spoglądając na ptaka, zrywającego się do lotu. I gdy wiatr zmierzwił jej włosy, przypomniała sobie…
(To było tak dawno temu.)
(W innym życiu?)
I…
Brenna zamarła, wpatrując się gdzieś przed siebie, a wspomnienie – obce, znajome, utracone – wciskało się jej do głowy tylko po to, by zaraz spróbować się z niej wyrwać.
Poza tym ciężko byłoby jej teraz odmówić Millie czegokolwiek. Nie tylko łyka kakao.
– Jestem pewna, że pamiętał o jedzeniu – zapewniła, chociaż prawda była taka, że Alastor faktycznie o siebie specjalnie nie dbał. A Brenna bardzo się starała go o to nie nagabywać, bo był dorosłym człowiekiem, i tylko czasem podsuwać mu kanapkę, nieodmiennie albo osobiście, albo z liścikiem, z niewielkim, ledwo zauważalnym znaczkiem, który dla kogoś postronnego był ot przybrudzeniem na pergaminie, a Moody’emu miał potwierdzać, że podarek pochodzi faktycznie od Brenny, nie kogoś, kto sfałszował jej pismo. – Może więc zapomniałam o czymś innym. Nie wiem, napisać jakiś raport albo coś… – westchnęła. Przyglądała się Millie uważnie, gdy zaczęła się rozciągać, chociaż na razie nic nie wskazywało na to, że działo się cokolwiek złego.
Kiedy jakaś akcja?
Już za moment, Millie…
Brenna nie była może mistrzynią kłamstw, ale na pewno doskonale umiała poprzestawać na półprawdach. Nie czarowała poetyckimi słowami jak Morpheus, nie umiała zwodzić urokiem jak Jonathan, ale za to przeinaczanie słów… tak, to wychodziło jej całkiem dobrze.
– Mamy trochę planów – powiedziała, Mildred zresztą nie uwierzyłaby, gdyby powiedziała, że nie. – Szukamy pewnego artefaktu, poza tym trzeba dostosować do naszych potrzeb Księżycowy Staw, a to pochłonie trochę czasu.
Zadarła na moment głowę, spoglądając na ptaka, zrywającego się do lotu. I gdy wiatr zmierzwił jej włosy, przypomniała sobie…
(To było tak dawno temu.)
(W innym życiu?)
I…
Brenna zamarła, wpatrując się gdzieś przed siebie, a wspomnienie – obce, znajome, utracone – wciskało się jej do głowy tylko po to, by zaraz spróbować się z niej wyrwać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.