26.05.2024, 01:57 ✶
Znowu usłyszał szept żony przy swoim uchu. Strasznie jesteś czasem melodramatyczny, westchnęła, rozbawiona.
Loretta była jak heroina: krążyła w jego żyłach, a miłość do niej powoli go zabijała. Heroina była jak Loretta: nie potrafił przestać do niej wracać, chociaż wiedział, że powinien rzucić ją w diabły.
Chciałbyś zyskać potęgę? Zabij dziwkę półkrwi lub zdrajcę krwi. Zabij obydwoje, a udowodnisz swoją wartość.
- Wypierdalaj z mojej głowy - wyszeptał Alexander. Niemalże odruchowo nakreślił reką w powietrzu zabobonny, cygański znak ochronny, który miał odpędzać złe duchy: symbol nie tyle tchnący magią, co czysto symboliczny, związany z dawno zapomnianymi wierzeniami jego przodków.
Przestań, mamrotały bezgłośnie jego wargi. Przycisnął rękę - tę samą, którą odpędzał nieczyste siły - do czoła, naciskając rozcapierzonymi palcami na skronie, jak gdyby sam ten gest miał mu pomóc w skupieniu rozszalałych myśli. Przestań, bo inaczej poznasz mój gniew, Loretto. "Przerażasz mnie, Alex, boję się", powiedziała mu, nie dalej jak miesiąc temu, kiedy przyszedł do niej, na skraju. Naprawdę chciała, żeby jej przypomniał, do czego jest zdolny?
Nie cierpiał, kiedy mu rozkazywała. Nie jestem psem, Loretto, warknął, ledwie głos kobiety obok jego ucha ucichł. Dobrze znał ten jej figlarny ton: Loretta brzmiała tak, jakby rzucała mu wyzwanie. Dobrze znał także jej zazdrość - może lepiej niż ktokolwiek, nawet Louvain - destrukcyjną i irracjonalną. Wiedział, że jak często pod płaszczykiem rozbawienia ukrywa głęboko tajoną zawiść. Bawiło ją jego zachowanie - bawiły ją jego skrupuły - ale najbardziej na świecie bawiło ją, że dalej miał w życiu coś, na czym mu zależało, i czym nie była ona sama.
Kiedy Rosie ujęła jego dłoń - tę wolną, niedominującą, która nie ściskała różdżki - Alexander poczuł, jak z jego barków uchodzi napięcie. Gwałtownie przyciągnął Ambrosię bliżej. Przez chwilę nie zwracał uwagi na to, co działo się dookoła: otoczył ją ramieniem, a jego twarz wykrzywił zagadkowy wyraz.
- Nasza nić jest fioletowa. Nabiera mocy, kiedy jesteśmy bliżej. - Byli oddaleni od reszty, na tyle, że liczył na to, że nie usłyszą jego szeptu; niewiele głośniejszego od szelestu drzew; niewiele cichszego od kołatania serca w piersi Alexa. Zamilkł na krótką chwilę. Był tak blisko, że jego usta musnęły ucho Rosie.
- Słyszę głos Loretty. Każe mi was zabić - szepnął. Nie widział twarzy Ambrosii, czuł tylko, jak jej dłoń zaciska się na jego ramieniu, i zapach jej włosów, które łaskotały go w nos. - Nie zrobię tego. Nie zwariowałem. - Zwariował już dawno. Złowrogie podszepty Loretty były tylko kolejnym z szaleństw Windermere. Windermere mogło mieszać Mulciberowi w głowie, ale jego szaleństwo było starsze; równie stare, co dar jasnowidzenia płynący w jego żyłach.
Poza tym, nic mi nie jest.
Wypuścił Ambrosię z objęć i pozwolił się pociągnąć w stronę reszty.
- To miejsce nie chce mi nic pokazać - rzucił w stronę Morpheusowi, kiedy zbliżyli się doń na tyle, by nie musieć krzyczeć. - Tylko tyle, że nas, kurwa, nienawidzi.
Podążył za spojrzeniem niewymownego, który jako pierwszy odwrócił się w stronę jeziora. Jezioro. Jezioro z jego wizji. Jeszcze kilka dni temu patrzył w jego toń, i wyobrażał sobie, jak spokojnie musi być na jej dnie. Teraz nie mógł oderwać oczu od łodzi, która uniosła się w powietrze, złamała na pół, i runęła z powrotem w odmęty Windermere. Zamarł. W wyobraźni odtwarzał cały czas na nowo zesłaną mu wcześniej wizję: pamiętał, jak tonął w przeklętych wodach jeziora zabarwionych krwią, ogarnięty śmiertelną paniką, i przeczuciem, że za jego plecami dzieje się coś strasznego.
Gdyby tak zanurzyć się pod wodę, pomyślał, powracając mimowolnie do swych samobójczych fantazji, gdyby tak osiąść w głębinach jeziora, i poddać obezwładniającej ciszy podwodnej toni. Na dnie jeziora znalazłby spokój.
Na dnie jeziora nie mógłby dosięgnąć go głos Loretty.
Zrobił krok w stronę jeziora, jeden, drugi, trzeci, kolejny, stracił rachubę, cały czas wpatrzony w wodną toń: nie zwrócił nawet uwagi na to, co robił reszta grupy, tak, jakby o nich zapomniał. Przyglądał się wodnej katastrofie, analizując to, co widzi, i porównując doznania zmysłowe z wspomnieniami tego, co wcześniej zostało mu objawione - teraźniejszość z przeszłością. A może raczej przyszłością?
Wycelował różdżkę w wody jeziora. Wyobraził sobie, jak głębiny rozstępują się, odsłaniając dno. Chciał wiedzieć, czym jest to nieznane zagrożenie z wizji, to samo, które czuł wcześniej za plecami: czy to wrak tonącej łodzi, martwe ciała, idące na dno, czy coś innego, dalece mroczniejszego?
na percepcję, na dokładną obserwację tego co dzieje się na jeziorze
na kształtowanie, aby stworzyć coś w rodzaju wiru, który odsłoniłby dno jeziora, w miejscu, gdzie sporo ludzi wpadło i tonie
Loretta była jak heroina: krążyła w jego żyłach, a miłość do niej powoli go zabijała. Heroina była jak Loretta: nie potrafił przestać do niej wracać, chociaż wiedział, że powinien rzucić ją w diabły.
Chciałbyś zyskać potęgę? Zabij dziwkę półkrwi lub zdrajcę krwi. Zabij obydwoje, a udowodnisz swoją wartość.
- Wypierdalaj z mojej głowy - wyszeptał Alexander. Niemalże odruchowo nakreślił reką w powietrzu zabobonny, cygański znak ochronny, który miał odpędzać złe duchy: symbol nie tyle tchnący magią, co czysto symboliczny, związany z dawno zapomnianymi wierzeniami jego przodków.
Przestań, mamrotały bezgłośnie jego wargi. Przycisnął rękę - tę samą, którą odpędzał nieczyste siły - do czoła, naciskając rozcapierzonymi palcami na skronie, jak gdyby sam ten gest miał mu pomóc w skupieniu rozszalałych myśli. Przestań, bo inaczej poznasz mój gniew, Loretto. "Przerażasz mnie, Alex, boję się", powiedziała mu, nie dalej jak miesiąc temu, kiedy przyszedł do niej, na skraju. Naprawdę chciała, żeby jej przypomniał, do czego jest zdolny?
Nie cierpiał, kiedy mu rozkazywała. Nie jestem psem, Loretto, warknął, ledwie głos kobiety obok jego ucha ucichł. Dobrze znał ten jej figlarny ton: Loretta brzmiała tak, jakby rzucała mu wyzwanie. Dobrze znał także jej zazdrość - może lepiej niż ktokolwiek, nawet Louvain - destrukcyjną i irracjonalną. Wiedział, że jak często pod płaszczykiem rozbawienia ukrywa głęboko tajoną zawiść. Bawiło ją jego zachowanie - bawiły ją jego skrupuły - ale najbardziej na świecie bawiło ją, że dalej miał w życiu coś, na czym mu zależało, i czym nie była ona sama.
Kiedy Rosie ujęła jego dłoń - tę wolną, niedominującą, która nie ściskała różdżki - Alexander poczuł, jak z jego barków uchodzi napięcie. Gwałtownie przyciągnął Ambrosię bliżej. Przez chwilę nie zwracał uwagi na to, co działo się dookoła: otoczył ją ramieniem, a jego twarz wykrzywił zagadkowy wyraz.
- Nasza nić jest fioletowa. Nabiera mocy, kiedy jesteśmy bliżej. - Byli oddaleni od reszty, na tyle, że liczył na to, że nie usłyszą jego szeptu; niewiele głośniejszego od szelestu drzew; niewiele cichszego od kołatania serca w piersi Alexa. Zamilkł na krótką chwilę. Był tak blisko, że jego usta musnęły ucho Rosie.
- Słyszę głos Loretty. Każe mi was zabić - szepnął. Nie widział twarzy Ambrosii, czuł tylko, jak jej dłoń zaciska się na jego ramieniu, i zapach jej włosów, które łaskotały go w nos. - Nie zrobię tego. Nie zwariowałem. - Zwariował już dawno. Złowrogie podszepty Loretty były tylko kolejnym z szaleństw Windermere. Windermere mogło mieszać Mulciberowi w głowie, ale jego szaleństwo było starsze; równie stare, co dar jasnowidzenia płynący w jego żyłach.
Poza tym, nic mi nie jest.
Wypuścił Ambrosię z objęć i pozwolił się pociągnąć w stronę reszty.
- To miejsce nie chce mi nic pokazać - rzucił w stronę Morpheusowi, kiedy zbliżyli się doń na tyle, by nie musieć krzyczeć. - Tylko tyle, że nas, kurwa, nienawidzi.
Podążył za spojrzeniem niewymownego, który jako pierwszy odwrócił się w stronę jeziora. Jezioro. Jezioro z jego wizji. Jeszcze kilka dni temu patrzył w jego toń, i wyobrażał sobie, jak spokojnie musi być na jej dnie. Teraz nie mógł oderwać oczu od łodzi, która uniosła się w powietrze, złamała na pół, i runęła z powrotem w odmęty Windermere. Zamarł. W wyobraźni odtwarzał cały czas na nowo zesłaną mu wcześniej wizję: pamiętał, jak tonął w przeklętych wodach jeziora zabarwionych krwią, ogarnięty śmiertelną paniką, i przeczuciem, że za jego plecami dzieje się coś strasznego.
Gdyby tak zanurzyć się pod wodę, pomyślał, powracając mimowolnie do swych samobójczych fantazji, gdyby tak osiąść w głębinach jeziora, i poddać obezwładniającej ciszy podwodnej toni. Na dnie jeziora znalazłby spokój.
Na dnie jeziora nie mógłby dosięgnąć go głos Loretty.
Zrobił krok w stronę jeziora, jeden, drugi, trzeci, kolejny, stracił rachubę, cały czas wpatrzony w wodną toń: nie zwrócił nawet uwagi na to, co robił reszta grupy, tak, jakby o nich zapomniał. Przyglądał się wodnej katastrofie, analizując to, co widzi, i porównując doznania zmysłowe z wspomnieniami tego, co wcześniej zostało mu objawione - teraźniejszość z przeszłością. A może raczej przyszłością?
Wycelował różdżkę w wody jeziora. Wyobraził sobie, jak głębiny rozstępują się, odsłaniając dno. Chciał wiedzieć, czym jest to nieznane zagrożenie z wizji, to samo, które czuł wcześniej za plecami: czy to wrak tonącej łodzi, martwe ciała, idące na dno, czy coś innego, dalece mroczniejszego?
na percepcję, na dokładną obserwację tego co dzieje się na jeziorze
Rzut PO 1d100 - 44
Sukces!
Sukces!
na kształtowanie, aby stworzyć coś w rodzaju wiru, który odsłoniłby dno jeziora, w miejscu, gdzie sporo ludzi wpadło i tonie
Rzut Z 1d100 - 55
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat