26.05.2024, 02:21 ✶
Patrick kiwnął głową na znak, że usłyszał imię i nazwisko amnezjatorki. W zasadzie, z jej strony, prezentacja była zbędna, trudno było nie powiązać jej ciemnych loków i młodej, ślicznej buzi z nazwiskiem Black. Tych na piedestale niemal zawsze kojarzą ci, którzy na ów piedestał spoglądają. I chociaż Steward nie podzielał idei czystości krwi to był świetnym obserwatorem i wiele rzeczy, tak po prostu, zauważał i zapamiętywał.
- W sypialni – powtórzył za nią jak echo. Może to i miało sens, by umieścić ich w jedynej, nietkniętej przez wybuch sypialni w domu.
Znowu machinalnie podniósł rękaw do nosa. Gorzki zapach spalenizny sprawiał, że jeszcze bardziej współczuł dwójce mugoli, która straciła właśnie członka najbliższej rodziny oraz dom. Zastanawiało co, co zrobią teraz przedstawiciele Czarodziejskiego Pogotowia Ratunkowego. Zwalą wszystko na wybuch gazu? Wymyślą coś jeszcze mniej widowiskowego? Może awarię telewizora czy też piekarnika? Przecież coś musieli później wmówić mieszkającym dookoła mugolom…
Posłał Bellatrix dłuższe, zamyślone spojrzenie. Nie do końca wiedział, czy powinien ciągnąć ją ze sobą ku Adamowi i Thomasowi. Nie podejrzewał jej o złe intencje, ale w pracy, którą wykonywała, pewnie często widziała podobne wypadki. Musiała nabrać grubej skóry, by nie rozczulać się nad tragediami, które potrafiła spowodować magia.
- Tak. Chyba chodziło o mnie – zażartował słabo. – To nie powinno zająć zbyt wiele czasu. Tylko kilka najważniejszych pytań i oddam ich z powrotem w wasze ręce – obiecał.
Wreszcie pozostawił decyzję o tym, czy iść z nim, czy nie iść z nim młodej czarownicy. Jako pracownica CPR i tak wiedziała co się tutaj wydarzyło, więc jej obecność – o ile nagle Thomas lub Adam nie zaczęliby krzyczeć: Fanny kupiła figurkę od czarownicy nazwiskiem Black! – nie powinna stanowić problemu.
Z uniesionym do nosa rękawem ruszył w stronę sypialni, tylko – w tym swoim marszu – upewniając się, że na pewno wybrał właściwe pomieszczenie. Głupio by tak było zawędrować do łazienki. Bardzo niekompetentnie a przecież, tylko co, ta czarnowłosa nimfa zarzuciła mu kompetencję.
Adam okazał się postawnym staruszkiem. Siedział na fotelu i kołysał się do przodu i do tyłu. Miał twarz zapuchniętą od płaczu. Thomas, sięgający najwyżej wieku Patricka (a może i nawet nie), wyglądał na potężnie oszołomionego.
Na dźwięk otwieranych drzwi obydwaj podnieśli głowy do góry zapatrzyli się na wchodzącego aurora.
- Dobry wieczór – zaczął łagodnym głosem Steward. Wiedział, że jego obecność musi ich przerażać tak samo, jak wszystko, co się niedawno wydarzyło. Był w końcu przedstawicielem jakiegoś dziwnego świata, w którego istnienie dotychczas nie wierzyli. Może nawet dalej nie wierzyli. – Mam na imię Patrick. Chciałbym z wami porozmawiać o tym, co tu się wydarzyło. – W kontaktach z mugolami często przyjmował podobną strategię. Niby był miły i uprzejmy, częściowo nawet nieoficjalny, ale robił to tylko po to, by zdobyć ich zaufanie i by wyciągnąć z nich jak najwięcej informacji, których w innym wypadku mogliby mu nie chcieć przekazać.
- Co się wydarzyło? – zapytał cicho staruszek. – Moja żona nie żyje. O to co się wydarzyło. – Ostatnie zdanie wypluł z siebie gorzko i boleśnie. Zacisnął ręce, powyginane przez reumatyzm, na oparciu fotela tak mocno, że aż pobielały mu knykcie. – Jak ja teraz będę żył bez mojej Fanny?
- Ja niewiele rozumiem… - wtrącił cicho Thomas. – Obudził mnie huk. Jakby wszystko się waliło. A potem poczułem dym i już wiedziałem, że… - urwał, wzruszył bezradnie ramionami. – Wiedziałem, że muszę uciekać. Widziałem leżącą babcię na schodach. Ona zawsze w nocy schodziła do kuchni. Przed zaśnięciem piła szklankę wody.
Patrick kiwnął głową, w myślach notując sobie, że najwyraźniej przynajmniej jedna jego obawa się nie ziściła. Fanny zmarła, bo w chwili wybuchu znalazła się w pobliżu figurki. Czarnoksiężnik, który ją zrobił nie zmienił swoich metod, po prostu tym razem miał więcej szczęścia (pecha?).
- Pańska żona była dzisiaj na wyprzedaży garażowej, prawda? – zapytał powoli, głowę zwracając ponownie w stronę Adama. – Wie pan może, gdzie była ta wyprzedaż? – zainteresował się.
- Do cholery jasnej, co to za różnica? – prychnął poirytowany staruszek. – Gdzieś niedaleko. Fanny… Fanny miała problemy z dłuższymi spacerami, więc… nie mogę uwierzyć, że ona nie żyje.
- Wyprzedaże garażowe urządzają często na końcu ulicy – wtrącił cicho Thomas. – Babcia była wielbicielką. W tym domu prawie wszystko było z drugiej albo i trzeciej ręki. Kiedyś dziadkowie taszczyli tu nawet meble. Potem je odnawiali… - urwał, zdając sobie sprawę z tego, że mówił nie na temat.
- I każdy może się tam rozłożyć? Na tej wyprzedaży garażowej? – zainteresował się Steward.
Adam przewrócił oczami. Nie rozumiał dokąd właściwie zmierzała ta rozmowa, ale Thomas był bardziej skłonny do oderwania myśli od tego co się stało i skupienia ich na innym temacie. Najpierw kiwnął głową a potem pokręcił przecząco.
- Tak. Tak, to znaczy… No może się tam każdy rozłożyć, jak tylko wniesie dziesięć funtów opłaty, ale zazwyczaj są tam ciągle te same osoby.
- A babcia miała może jakiegoś ulubionego sprzedawcę?
Thomas pokręcił głową. Nie miał zielonego pojęcia.
- W sypialni – powtórzył za nią jak echo. Może to i miało sens, by umieścić ich w jedynej, nietkniętej przez wybuch sypialni w domu.
Znowu machinalnie podniósł rękaw do nosa. Gorzki zapach spalenizny sprawiał, że jeszcze bardziej współczuł dwójce mugoli, która straciła właśnie członka najbliższej rodziny oraz dom. Zastanawiało co, co zrobią teraz przedstawiciele Czarodziejskiego Pogotowia Ratunkowego. Zwalą wszystko na wybuch gazu? Wymyślą coś jeszcze mniej widowiskowego? Może awarię telewizora czy też piekarnika? Przecież coś musieli później wmówić mieszkającym dookoła mugolom…
Posłał Bellatrix dłuższe, zamyślone spojrzenie. Nie do końca wiedział, czy powinien ciągnąć ją ze sobą ku Adamowi i Thomasowi. Nie podejrzewał jej o złe intencje, ale w pracy, którą wykonywała, pewnie często widziała podobne wypadki. Musiała nabrać grubej skóry, by nie rozczulać się nad tragediami, które potrafiła spowodować magia.
- Tak. Chyba chodziło o mnie – zażartował słabo. – To nie powinno zająć zbyt wiele czasu. Tylko kilka najważniejszych pytań i oddam ich z powrotem w wasze ręce – obiecał.
Wreszcie pozostawił decyzję o tym, czy iść z nim, czy nie iść z nim młodej czarownicy. Jako pracownica CPR i tak wiedziała co się tutaj wydarzyło, więc jej obecność – o ile nagle Thomas lub Adam nie zaczęliby krzyczeć: Fanny kupiła figurkę od czarownicy nazwiskiem Black! – nie powinna stanowić problemu.
Z uniesionym do nosa rękawem ruszył w stronę sypialni, tylko – w tym swoim marszu – upewniając się, że na pewno wybrał właściwe pomieszczenie. Głupio by tak było zawędrować do łazienki. Bardzo niekompetentnie a przecież, tylko co, ta czarnowłosa nimfa zarzuciła mu kompetencję.
Adam okazał się postawnym staruszkiem. Siedział na fotelu i kołysał się do przodu i do tyłu. Miał twarz zapuchniętą od płaczu. Thomas, sięgający najwyżej wieku Patricka (a może i nawet nie), wyglądał na potężnie oszołomionego.
Na dźwięk otwieranych drzwi obydwaj podnieśli głowy do góry zapatrzyli się na wchodzącego aurora.
- Dobry wieczór – zaczął łagodnym głosem Steward. Wiedział, że jego obecność musi ich przerażać tak samo, jak wszystko, co się niedawno wydarzyło. Był w końcu przedstawicielem jakiegoś dziwnego świata, w którego istnienie dotychczas nie wierzyli. Może nawet dalej nie wierzyli. – Mam na imię Patrick. Chciałbym z wami porozmawiać o tym, co tu się wydarzyło. – W kontaktach z mugolami często przyjmował podobną strategię. Niby był miły i uprzejmy, częściowo nawet nieoficjalny, ale robił to tylko po to, by zdobyć ich zaufanie i by wyciągnąć z nich jak najwięcej informacji, których w innym wypadku mogliby mu nie chcieć przekazać.
- Co się wydarzyło? – zapytał cicho staruszek. – Moja żona nie żyje. O to co się wydarzyło. – Ostatnie zdanie wypluł z siebie gorzko i boleśnie. Zacisnął ręce, powyginane przez reumatyzm, na oparciu fotela tak mocno, że aż pobielały mu knykcie. – Jak ja teraz będę żył bez mojej Fanny?
- Ja niewiele rozumiem… - wtrącił cicho Thomas. – Obudził mnie huk. Jakby wszystko się waliło. A potem poczułem dym i już wiedziałem, że… - urwał, wzruszył bezradnie ramionami. – Wiedziałem, że muszę uciekać. Widziałem leżącą babcię na schodach. Ona zawsze w nocy schodziła do kuchni. Przed zaśnięciem piła szklankę wody.
Patrick kiwnął głową, w myślach notując sobie, że najwyraźniej przynajmniej jedna jego obawa się nie ziściła. Fanny zmarła, bo w chwili wybuchu znalazła się w pobliżu figurki. Czarnoksiężnik, który ją zrobił nie zmienił swoich metod, po prostu tym razem miał więcej szczęścia (pecha?).
- Pańska żona była dzisiaj na wyprzedaży garażowej, prawda? – zapytał powoli, głowę zwracając ponownie w stronę Adama. – Wie pan może, gdzie była ta wyprzedaż? – zainteresował się.
- Do cholery jasnej, co to za różnica? – prychnął poirytowany staruszek. – Gdzieś niedaleko. Fanny… Fanny miała problemy z dłuższymi spacerami, więc… nie mogę uwierzyć, że ona nie żyje.
- Wyprzedaże garażowe urządzają często na końcu ulicy – wtrącił cicho Thomas. – Babcia była wielbicielką. W tym domu prawie wszystko było z drugiej albo i trzeciej ręki. Kiedyś dziadkowie taszczyli tu nawet meble. Potem je odnawiali… - urwał, zdając sobie sprawę z tego, że mówił nie na temat.
- I każdy może się tam rozłożyć? Na tej wyprzedaży garażowej? – zainteresował się Steward.
Adam przewrócił oczami. Nie rozumiał dokąd właściwie zmierzała ta rozmowa, ale Thomas był bardziej skłonny do oderwania myśli od tego co się stało i skupienia ich na innym temacie. Najpierw kiwnął głową a potem pokręcił przecząco.
- Tak. Tak, to znaczy… No może się tam każdy rozłożyć, jak tylko wniesie dziesięć funtów opłaty, ale zazwyczaj są tam ciągle te same osoby.
- A babcia miała może jakiegoś ulubionego sprzedawcę?
Thomas pokręcił głową. Nie miał zielonego pojęcia.