26.05.2024, 11:19 ✶
Westchnął, było mu bardzo ciężko z tą całą sytuacją, w tym nie było cienia wątpliwości. "Ministerstwo wie" brzmiało niemal jak oskarżenie. Opieszałość w działaniach, tak z drugiej strony...
– Może po prostu jesteśmy niecierpliwi. Wiesz... Drzewo nie urośnie w jeden miesiąc, ale też z drugiej strony kiedy zabierasz je by dać mu kolejne życie, to też wymaga czasu. Proces suszenia, obróbki, cięcia, heblowania... Dla nas to trwa wieczność, ale w sumie to nie jest chyba tak dużo czasu. Może problem jest większy niż nam się wydaje tu, z naszej perspektywy, kiedy patrzy się na pożar z daleka nie wyglada na taki duży i nie do okiełznania. Mama opowiadała mi kiedyś o takich pożarach które trwały tygodniami... och mam nadzieję, że nie będzie jak z torfowiskiem. – Torfowiska nie dało się zagasić. Jeśli nie zrobiło się tego dostatecznie szybko...
– Anomalia? Nie wiem, w sensie, że wszystko więcej rośnie? He, przynajmniej mi roboty nie brakuje, wiesz daje się zatrudnić jako ogrodnik okazjonalnie. Lubię jak tak dużo rośnie, lubię kiedy wkoło jest zieleń. Z roślinami łatwiej się rozmawia niż z ludźmi, wiesz... – to nie był przytyk do niej. Dla niego była już rośliną, ucieleśnieniem Kniei. Dobrze mu się przebywało w jej towarzystwie, wyciszała go, nawet jeśli sama nie wiedziała, że jest dla niego piękną driadą. Zwierzał jej się, spowiadał, widział w niej przyjaciółkę, choć rozmawiali ze sobą ledwie chwile przed laty. Była Greengrasówną, była lasem, który kochał i który nosił w sercu.
Szli w kierunku wrzosowisk i najprawdopodobniej ku uldze Rose, Samuel nie czynił wobec niej żadnych awansów. Zwykły spacer. Trochę niezwykły. Granice były przekraczane, ale nie te fizyczne, a mentalne. Z resztą... Samuel nie przekraczał granic. Żeby coś przekraczać trzeba to najpierw widzieć. Sam odwrócił twarz w kierunku lasu, skąd wiał wiatr przesiąknięty wonia mchu i żywicy, wonią nocnej wilgoci. Długo jej nie odpowiadał na prośbę, a potem bardzo, bardzo cicho powiedział:
– Dlaczego chcesz, żebym złożył Ci taką obietnicę. Skąd wiesz, że wchodzę do Kniei, kiedy nikt nie patrzy? – przed nimi szumiały wrzosy, z których co jakiś czas wyrastały poranione czasem, spękane mury dawnych siedlisk pierwszych osadników Doliny. Porośnięte, zapomniane, nieodzowny element otoczenia kwiecia, które w obliczu nocy przypominało falujące morze, pozbawione horyzontu. Horyzontem była bowiem czarna ściana złowieszczego lasu. Jej przeznaczenia. Jego domu.
–
– Może po prostu jesteśmy niecierpliwi. Wiesz... Drzewo nie urośnie w jeden miesiąc, ale też z drugiej strony kiedy zabierasz je by dać mu kolejne życie, to też wymaga czasu. Proces suszenia, obróbki, cięcia, heblowania... Dla nas to trwa wieczność, ale w sumie to nie jest chyba tak dużo czasu. Może problem jest większy niż nam się wydaje tu, z naszej perspektywy, kiedy patrzy się na pożar z daleka nie wyglada na taki duży i nie do okiełznania. Mama opowiadała mi kiedyś o takich pożarach które trwały tygodniami... och mam nadzieję, że nie będzie jak z torfowiskiem. – Torfowiska nie dało się zagasić. Jeśli nie zrobiło się tego dostatecznie szybko...
– Anomalia? Nie wiem, w sensie, że wszystko więcej rośnie? He, przynajmniej mi roboty nie brakuje, wiesz daje się zatrudnić jako ogrodnik okazjonalnie. Lubię jak tak dużo rośnie, lubię kiedy wkoło jest zieleń. Z roślinami łatwiej się rozmawia niż z ludźmi, wiesz... – to nie był przytyk do niej. Dla niego była już rośliną, ucieleśnieniem Kniei. Dobrze mu się przebywało w jej towarzystwie, wyciszała go, nawet jeśli sama nie wiedziała, że jest dla niego piękną driadą. Zwierzał jej się, spowiadał, widział w niej przyjaciółkę, choć rozmawiali ze sobą ledwie chwile przed laty. Była Greengrasówną, była lasem, który kochał i który nosił w sercu.
Szli w kierunku wrzosowisk i najprawdopodobniej ku uldze Rose, Samuel nie czynił wobec niej żadnych awansów. Zwykły spacer. Trochę niezwykły. Granice były przekraczane, ale nie te fizyczne, a mentalne. Z resztą... Samuel nie przekraczał granic. Żeby coś przekraczać trzeba to najpierw widzieć. Sam odwrócił twarz w kierunku lasu, skąd wiał wiatr przesiąknięty wonia mchu i żywicy, wonią nocnej wilgoci. Długo jej nie odpowiadał na prośbę, a potem bardzo, bardzo cicho powiedział:
– Dlaczego chcesz, żebym złożył Ci taką obietnicę. Skąd wiesz, że wchodzę do Kniei, kiedy nikt nie patrzy? – przed nimi szumiały wrzosy, z których co jakiś czas wyrastały poranione czasem, spękane mury dawnych siedlisk pierwszych osadników Doliny. Porośnięte, zapomniane, nieodzowny element otoczenia kwiecia, które w obliczu nocy przypominało falujące morze, pozbawione horyzontu. Horyzontem była bowiem czarna ściana złowieszczego lasu. Jej przeznaczenia. Jego domu.
–