Sauriel to jednak był gość. Znaczy nie gość, że przychodził w odwiedziny, ponieważ był niemal jak właściciel tego przybytku. Chodziło o to, że był gość - w sensie, że był równym gościem, wiadomo o co chodzi? Liczyła się pomocna dłoń, którą wyciągnął właśnie w kierunku Borgina!
Teraz byli jednością. Sauriel był pijano-trzeźwym mistrzem, a Stanley był jego uczniem. Te wszystkie trudne słówka, które nauczył się z krzyżówek - dżudżitsu, kung fu i tejkłondo, nie pójdą na marne. Może i do budyneczku tu i ówdzie, przyczepić się można było, ale jednak mieli swoją własną salę sportową (aka magazynową). Byli królami życia.
Z zainteresowaniem przyglądał się temu, jak wszystko tłumaczył mu Czarny Kot. Aż się chciało powiedzieć "te kocie ruchy". Nadal pamiętał to co kiedyś mu wspomniał jego serdeczny przyjaciel - "mistrz polecił unikać niepotrzebnych walek. Na świecie jest aż nadto, po co więcej kalek" i w zasadzie to trzymał się tej zasady, dając możliwość Saurielowi do popisu w tej jakże ciężkiej sztuce bitki na pięści. To jednak było do czasu, bo dzisiaj to on miał dostąpić aktu wyniesienie wśród innych członków Fight Clubu.
- Ta rozumiem - pokiwał głową. Teraz wszystko stało jakby jaśniejsze. Ta cała tajna sztuka okazała się nie być wcale tak tajna, a trzeba było pamiętać jedno - ze Stanleya nigdy nie był Jean Claude van Damme ani Bruce Lee, ale Łukasz Kruczek też słabo skakał, a teraz szkoli kadrę. Kim był ten cały Łukasz? A nie wiadomo. Kiedyś natrafiło się takie hasło w krzyżówce i teraz się skojarzyło Borginowi.
- Prawą ręką zadaj ból, lewą ręką zadaj śmierć. Chyba, że jesteś mańkutem, to zadaj odwrotnie - powtarzał jak mantrę, szykując się do drugiej rundy. Trzeba było przyznać - przeciwnik był ciężki. Na całe szczęście się nie ruszał, bo jeszcze mógłby oddać Stanleyowi, a to groziło uszczerbkiem na zdrowiu. Trochę tak jakby ktoś przyłązył zimną szklankę do czyjejś ciepłej skroni. Czym to groziło? Przeziębieniem.
- Jeden cios, tak by złamał się nos. W ryj z kopa albo lepiej w jądra - ćwiczył na sucho ciosy, które przed momentem pokazał mu Ananasek. Nawet odważył się na jakiegoś kopa w powietrzę, a raczej podniesienie nogi na kilkanaście centrymetrów do góry - tyle wystarczyło, aby wprowadzić ich ofiarę w zakłopotanie, wszak nie wiedział czy się śmiać czy płakać.
- Teraz go mam - powiedział jeszcze na sam koniec przed rozpoczęciem drugiej rundy. W końcu usłyszał jakiś dzwon, jakby właśnie wystartowała kolejna potyczką, a prawda była taka, że to po prostu Francisowi spadło coś w kuchni. Było jednak za późno - tylko jeszcze nie wiadomo dla kogo. To co wydarzyło się dalej można było skomentować tylko w jeden sposób - słychać trzask, było założyć kask. Wściekły wąż jak Steven Seagal.
Prawą ręką zadaj ból, lewą ręką zadaj śmierć. Korzystam z aktywności fizycznej.
Sukces!
Slaby sukces...
Stanley wyprowadził dwa szybkie ciosy, a następnie niczym rasowy bokser odskoczył na bok i spojrzał na Sauriela, chcąc zobaczyć na twarzy swojego mistrza werdykt. Jak mu poszło? Dobrze? Źle? Lepiej nie mówić?
- Teraz chyba odrobinę lepiej, co? - zapytał, nie opuszczając jednak gardy. Chyba czekał na trzecią rundę albo na losowego kuksańca od Rookwooda.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972