Co mu zrobił? Oh, mógł dodać do listy kolejny element - dodprowadził go do tego stanu, do tego stanu, do którego doprowadzał też innych. Laurent mógł nie oddać się temu w pełni, zabrał się od razu za niesienie pomocy, ale mówił tak nerwowo, przed chwilą wyglądał tak, jakby miał zasłabnąć i upaść na podłogę i... Flynn nie odezwał się już, po prostu dawał mu mówić, bo głos znowu ugrzązł mu w gardle, a później pojawiła się całkowita niemożność złapania oddechu. Dusił się własnymi łzami, bo ile razy można coś takiego znosić - on też miał już samego siebie dość, tego co z nimi robił. To ile razy Alexander ryczał przez niego w to lato, przechodziło ludzkie pojęcie, a to nie był przecież człowiek, który łatwo płakał. Doprowadzenie Caina do szlochania w panice pod ścianą zajęło mu siedem dni. Siedem. Kurwa. Dni. Z Laurentem widział się trzy razy, ale sprawa wcale nie miała się lepiej. On tak cholernie chciał, żeby byli szczęśliwi - więc dlaczego ciągnął ich w dół? Ciągle te same myśli, że nawet jeżeli to tylko na chwilę, to chciał to wszystko mieć - bo lubił te śliczne oczy wpatrujące się w niego jak w obrazek. Później więcej, bo oni przecież potrzebowali więcej - nie mógł ich tak po prostu zostawić po jednej nocy, prawda? A na końcu okazywało się, że to wcale nie oni go potrzebowali - to on potrzebował ich, tylko wmawiał sobie, że jest inaczej. To on się w nich do bólu zakochiwał i nie potrafił odpuszczać, trzymał się ich pazurami, całkowicie świadomy cierpienia, z jakim wiązało się funkcjonowanie z nim w jakiejkolwiek relacji. Mógł pozostać tym wkurwiającym bratem leżącym wiecznie na drzewie i palącym papierosy w ciszy, trzymającym w garści dziesiątki sekretów. Zamiast tego został... tym koszmarnym, odstręczającym sobą. Na samą myśl zbierało mu się na wymioty.
Kazał mu stąd wyjść, ale wcale nie zareagował na rzucenie w niego ręcznikiem i wycieranie mu włosów, bo się przecież do tego przyzwyczaił. Alexandrowi też wywijał takie numery. Czasami sam przychodził do niego, żeby wymył mu włosy, jak jakieś cholerne dziecko. Jezu kurwa Chryste, to było nawet gorsze, niż na początku sądził. Trzęsły mu się ręce, ale i tak udało mu się złapać blondyna za rękę. To był paniczny uścisk, odrobinę za mocny, ale nie na tyle, żeby zrobić mu krzywdę. On tylko niemo przekazał, że czegoś chciał - i faktycznie nagle nabrał w płuca powietrza, wydusił z siebie jakieś mruknięcie, ale potrzebował kilku dobitnie żałosnych szlochów, żeby udało się usłyszeć w tej łazience... jakiekolwiek słowa. Skleiły się nawet, pomiędzy przydługimi przerwami, w spójną wypowiedź. Nie odpowiadała na żadne z zadanych mu pytań.
- Proszę... - zaczął, przy czym prawie się tym proszę zachłysnął - nie p-p-pozwól mi - poluzował ten uścisk, a następnie puścił go, pozwalając ręce opaść bezwładnie na brzeg wanny - niszczyć sobie - załkał - życia.
Kiedy cofał się myślami do najniższego punktu, w jakim się kiedykolwiek znajdował, do tego zadymionego pokoju, w którym leżał samotnie albo przyprowadzał kogoś na jedną noc, czasami nawet nie na jedną noc, tylko na kilka minut, Flynn przypominał sobie ten jeden wniosek, do którego dochodził w starciu z możliwością rychłej śmierci z jednym z popleczników wrogów jego fantastycznej ukochanej. Fantazjował o śmierci już tyle razy. Zabijał się w myślach w okrutny sposób wielokrotnie. W co-by-było-gdyby gryzł piach tak często, że potrafił na potrzeby dalszych wyobrażeń ćwiczyć przed lustrem minę, jaką mógłby mieć w jako trup.
- Nie chcę umierać. - Znów zachłysnął się powietrzem. Tak naprawdę nigdy nie chodziło o śmierć. Chodziło o koniec bólu i strachu, chciał być szczęśliwy, a gdzieś w środku wciąż zawsze tliła się nadzieja. To dlatego ostatecznie nigdy nie skończył rozbity o skały. - Ja nie chcę umierać. - Ale zabijał się każdą kolejną durną decyzją. Tym jak bardzo nie potrafił się powstrzymać. Powinien powiedzieć nie, może w jakimś innym świecie udało mu się zachować w tej scenie resztki twarzy i wydusił to z siebie, zanim do tego doprowadził.
Kazał mu stąd wyjść, ale wcale nie zareagował na rzucenie w niego ręcznikiem i wycieranie mu włosów, bo się przecież do tego przyzwyczaił. Alexandrowi też wywijał takie numery. Czasami sam przychodził do niego, żeby wymył mu włosy, jak jakieś cholerne dziecko. Jezu kurwa Chryste, to było nawet gorsze, niż na początku sądził. Trzęsły mu się ręce, ale i tak udało mu się złapać blondyna za rękę. To był paniczny uścisk, odrobinę za mocny, ale nie na tyle, żeby zrobić mu krzywdę. On tylko niemo przekazał, że czegoś chciał - i faktycznie nagle nabrał w płuca powietrza, wydusił z siebie jakieś mruknięcie, ale potrzebował kilku dobitnie żałosnych szlochów, żeby udało się usłyszeć w tej łazience... jakiekolwiek słowa. Skleiły się nawet, pomiędzy przydługimi przerwami, w spójną wypowiedź. Nie odpowiadała na żadne z zadanych mu pytań.
- Proszę... - zaczął, przy czym prawie się tym proszę zachłysnął - nie p-p-pozwól mi - poluzował ten uścisk, a następnie puścił go, pozwalając ręce opaść bezwładnie na brzeg wanny - niszczyć sobie - załkał - życia.
Kiedy cofał się myślami do najniższego punktu, w jakim się kiedykolwiek znajdował, do tego zadymionego pokoju, w którym leżał samotnie albo przyprowadzał kogoś na jedną noc, czasami nawet nie na jedną noc, tylko na kilka minut, Flynn przypominał sobie ten jeden wniosek, do którego dochodził w starciu z możliwością rychłej śmierci z jednym z popleczników wrogów jego fantastycznej ukochanej. Fantazjował o śmierci już tyle razy. Zabijał się w myślach w okrutny sposób wielokrotnie. W co-by-było-gdyby gryzł piach tak często, że potrafił na potrzeby dalszych wyobrażeń ćwiczyć przed lustrem minę, jaką mógłby mieć w jako trup.
- Nie chcę umierać. - Znów zachłysnął się powietrzem. Tak naprawdę nigdy nie chodziło o śmierć. Chodziło o koniec bólu i strachu, chciał być szczęśliwy, a gdzieś w środku wciąż zawsze tliła się nadzieja. To dlatego ostatecznie nigdy nie skończył rozbity o skały. - Ja nie chcę umierać. - Ale zabijał się każdą kolejną durną decyzją. Tym jak bardzo nie potrafił się powstrzymać. Powinien powiedzieć nie, może w jakimś innym świecie udało mu się zachować w tej scenie resztki twarzy i wydusił to z siebie, zanim do tego doprowadził.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.