- Jednocześnie całkiem w moim stylu - zauważył. - Przeżyć piętnaście lat na Ścieżkach, a później wyjebać się na bruku przed Kotłem i zdechnąć.
No, tak naprawdę nie było to w jego stylu. W jego stylu było być tak zaradnym i sprytnym, że to aż dziwiło przy tym jak się prowadził, ale... Tak, to na pewno byłoby dobre zwieńczenie jego historii - tylko on nie znał tak ładnego, poetyckiego określenia, więc nie miał jak na nie wpaść.
Uśmiechnął się do Viorici i skinął jej głową. Ją też dobrze było widzieć. Całą i zdrową, najwyraźniej pracującą legalnie, bo przecież te stoiska i występy były wcześniej sprawdzane. Nie odzywał się do niej długo, ale była kimś, kto czasem przecinał jego myśli - komu z resztek dobroci w sercu życzył w życiu jak najlepiej. Ona przecież nie splamiła się nigdy czarną magią - była złodziejką, nie morderczynią lub nakładaczką klątw. W jego opinii... naprawdę dobrze czułaby się wśród Bellów, ale nie była członkinią rodziny.
W odpowiedzi na jej pytanie pokręcił głową.
- Nie, zapadłem się pod ziemię. - Nagle zdał sobie sprawę z tego, że to musiało zabrzmieć zabawnie. - Tym razem nie dosłownie - dodał więc tak dla pewności, że się zrozumieli. Nie darował sobie jednak delikatnego uśmiechu. - W porządku to chyba za mocne słowo - wczoraj prawie się zabił - ale jest stabilnie. Nie powiem ci, co jutro robię. Dam ci przeżyć spore zaskoczenie, bo nie biorę pod uwagę, że mnie nie zauważysz.
Jutro na Lammas miał tańczyć. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo absurdalne to musiało być dla kogoś, kto widział go co najwyżej bujającego się po pijaku do barowej muzyki, zanim zabrał się do swojej pracy (a jego praca nie była niczym przyjemnym), ale to była prawda. On - zbir i potwór - żył teraz jako cyrkowy akrobata. I ktoś pomógł mu zrozumieć, że on naprawdę czuł rytm i lubił muzykę. Miał jutro tańczyć i niby bał się cholernie, ale jednocześnie był z siebie naprawdę dumny.
- Pierścionek. To... jaśniejsze złoto. Kamień, nie pamiętam, jak się nazywa. Upewnij się, że jest biały. - Niestety (bo nie lubił, kiedy ludzie o tym wiedzieli), Viorica wyruszając z nim w podróże, w których pracowała dla Fontaine jako rzeczoznawca, musiała zorientować się, że Crow nie widział kolorów. I chyba pierwszy raz zależało mu w ogóle na kolorze - on chciał mieć to białe i chuj. - Potrzebuję, żebyś mi coś wykuła, Vior. - No shit. - Ten taki ciemny pierścionek wziąłem, żebyś miała rozmiar, do tego chcę mieć kolczyk. Połączone ze sobą jakąś runą, żebym mógł się teleportować do posiadacza nowego pierścionka, nie wiedząc, gdzie jest. Wtedy, kiedy będzie potrzebował pomocy. - Nerwowo zastukał palcami o blat. - Tylko... - Uh, ciężko mu było to powiedzieć. Nawet nie wiedział dlaczego. Upił więc wcześniej łyk wina. - Coś... nieoczywistego. - Drugi łyk. - Kiedyś słyszałem o biżuterii, która nagrzewa się kiedy druga osoba pociera palcem, ale posiadacz tego cacka jest czasami strasznie durny i mogę się założyć, że bawiłby się nim z przyzwyczajenia.
Pacnął się w głowę.
- A tak, no i zegarek. Musisz naprawić mi pasek zegarka. Po to tutaj przyszedłem. - Ten pierścionek to miał być tak przy okazji...
No, tak naprawdę nie było to w jego stylu. W jego stylu było być tak zaradnym i sprytnym, że to aż dziwiło przy tym jak się prowadził, ale... Tak, to na pewno byłoby dobre zwieńczenie jego historii - tylko on nie znał tak ładnego, poetyckiego określenia, więc nie miał jak na nie wpaść.
Uśmiechnął się do Viorici i skinął jej głową. Ją też dobrze było widzieć. Całą i zdrową, najwyraźniej pracującą legalnie, bo przecież te stoiska i występy były wcześniej sprawdzane. Nie odzywał się do niej długo, ale była kimś, kto czasem przecinał jego myśli - komu z resztek dobroci w sercu życzył w życiu jak najlepiej. Ona przecież nie splamiła się nigdy czarną magią - była złodziejką, nie morderczynią lub nakładaczką klątw. W jego opinii... naprawdę dobrze czułaby się wśród Bellów, ale nie była członkinią rodziny.
W odpowiedzi na jej pytanie pokręcił głową.
- Nie, zapadłem się pod ziemię. - Nagle zdał sobie sprawę z tego, że to musiało zabrzmieć zabawnie. - Tym razem nie dosłownie - dodał więc tak dla pewności, że się zrozumieli. Nie darował sobie jednak delikatnego uśmiechu. - W porządku to chyba za mocne słowo - wczoraj prawie się zabił - ale jest stabilnie. Nie powiem ci, co jutro robię. Dam ci przeżyć spore zaskoczenie, bo nie biorę pod uwagę, że mnie nie zauważysz.
Jutro na Lammas miał tańczyć. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo absurdalne to musiało być dla kogoś, kto widział go co najwyżej bujającego się po pijaku do barowej muzyki, zanim zabrał się do swojej pracy (a jego praca nie była niczym przyjemnym), ale to była prawda. On - zbir i potwór - żył teraz jako cyrkowy akrobata. I ktoś pomógł mu zrozumieć, że on naprawdę czuł rytm i lubił muzykę. Miał jutro tańczyć i niby bał się cholernie, ale jednocześnie był z siebie naprawdę dumny.
- Pierścionek. To... jaśniejsze złoto. Kamień, nie pamiętam, jak się nazywa. Upewnij się, że jest biały. - Niestety (bo nie lubił, kiedy ludzie o tym wiedzieli), Viorica wyruszając z nim w podróże, w których pracowała dla Fontaine jako rzeczoznawca, musiała zorientować się, że Crow nie widział kolorów. I chyba pierwszy raz zależało mu w ogóle na kolorze - on chciał mieć to białe i chuj. - Potrzebuję, żebyś mi coś wykuła, Vior. - No shit. - Ten taki ciemny pierścionek wziąłem, żebyś miała rozmiar, do tego chcę mieć kolczyk. Połączone ze sobą jakąś runą, żebym mógł się teleportować do posiadacza nowego pierścionka, nie wiedząc, gdzie jest. Wtedy, kiedy będzie potrzebował pomocy. - Nerwowo zastukał palcami o blat. - Tylko... - Uh, ciężko mu było to powiedzieć. Nawet nie wiedział dlaczego. Upił więc wcześniej łyk wina. - Coś... nieoczywistego. - Drugi łyk. - Kiedyś słyszałem o biżuterii, która nagrzewa się kiedy druga osoba pociera palcem, ale posiadacz tego cacka jest czasami strasznie durny i mogę się założyć, że bawiłby się nim z przyzwyczajenia.
Pacnął się w głowę.
- A tak, no i zegarek. Musisz naprawić mi pasek zegarka. Po to tutaj przyszedłem. - Ten pierścionek to miał być tak przy okazji...
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.