Piekło pachniało kiepskim, wypalonym tytoniem i żelazem. Nie broń, nie ostygłe kotły - to krew tak pachniała. Piekło nie było gorące, było cholernie zimne. Lodowate, jak ciało Flynna, kiedy trochę wytarł mu te włosy i już gorączkowo myślał gdzieś między kolejnymi piskami w swojej głowie, że musi go jakoś wyciągnąć z tej wanny - tylko jak? Myślał, że chciał go zwyzywać, że chciał porzucać kurwami na prawo na lewo, wykrzyczeć mu w twarz, że zasłużył na to cierpienie i że powinien patrzeć, jak się wykrwawia. Wir tragedii Orfeusza, któremu nie dane było wyratować Eurydyki z Piekła. Piekło musiało mienić się czernią i brązami. Kończyć i zaczynać na tym ciepłym brązie, albo być jego integralną częścią. Przecież takie oczy miał Flynn. I w końcu Piekło musiało mocno zaciskać się na rękach i na szyi - kleszcze palców Flynna, które zatrzymały anioła w jednym miejscu i sprawiły, że zaniechał swoich gestów, były jeszcze na to za lekkie. One już poniosły krzywdę - wymierzoną w siebie samego. Prawo boskie pozwalało pożerać, więc bierzcie i jedzcie z tego wszyscy. Tragedii wystarczy przynajmniej dla czworga w tej tragikomedii.
Gniew, litość, wzruszenie wielkiego serca, które już nawet nie chciało bić. Chciało się wyłączyć. Nie pojedyncza emocja, a cały ich triplet wrył się tam, gdzie chciał, żeby było nic. Pazury rozszarpały ścianki i wżarły się do środka, przenikając aż do kręgosłupa. I tam sobie poradziły, bo nie było takiego materiału, jakiego by teraz nie pokonały. Ręcznik, jak szarfa na oczach Temidy, ostał się na gnieździe czarnych włosów, a on oplótł Crowa ramionami i przycisnął do siebie na tyle mocno, na ile pozwoliły mu na to te chude ramiona.
- Pomogę ci, Crow. Pomogę ci. - Jego ramiona zastąpił ręcznik, żeby otulić chwilowo jego ramiona. Ten mróz przecinał nie tylko ciało, teraz takie żałośnie słabe, Crowa, on wędrował dalej i głębiej. Niszczył i pustoszył, prewencyjnie wkradał się do każdej komórki ciała, gdyby jego ofiara znalazła w sobie jakiekolwiek siły do walki to miał szansę go spacyfikować jeszcze zanim ten pomyśli o wstaniu z kolan. Szloch, zanim słowa wypłynęły, były tego jakoby potwierdzeniem. - Obiecuję. - Powiedziałby teraz bardzo wiele, żeby go z tego wyciągnąć - i z każdego innego szamba, w jakie mógł wejść. Uparcie, a przecież obcowanie z tym człowiekiem było niszczeniem samego siebie. W dodatku - nawet nie było warto, prawda? Dla kogoś, kto rzucał w odwecie słodkie obietnice i kolejne prośby i... co w zamian? Gdzie była ta obiecana Nirvana? Trupie wizje o własnym ciele i fantazje o śmierci. Nie o życiu, nie o możliwościach - o śmierci. Wydrapane oczy z własnych oczodołów to nadal za mało, żeby się ukarać za to, co widziane i za to, co jeszcze można zobaczyć. Za dojrzenie skutków własnych pomyłek i wpadek. Prawda, Flynn? Mea culpa.. I ciężko być sobą i prosić o pomoc. I ciężko oddychać i ciężko dawać sobie przyzwolenie na słabość. Dawno wiesz, że zaczynasz się i kończysz na tych przywiązaniach, które czyniły cię kompletnym - prawie jak kreatura, jaką był Thoran Yaxley, co najpierw chciała zbudować coś, co uda się jej następnie zniszczyć.
- Wyjdź z wanny. Powoli. Trzymam cię. - Siły miał mniej niż co poniektóre kobiety, ale trzymał, rzeczywiście. Za ramiona, robiąc mu miejsce, żeby wyszedł spod tego pieprzonego prysznica, gdzie leciała na niego ta zimna woda, bo wisiał teraz na tej wannie prawie jak szmaciana lalka. - Więc złap to swoje serce pełne miłości i żyj. A na razie możesz trzymać moje ręce. Potrzymam je dla ciebie do czasu, aż wrócisz do tych, którzy je trzymać powinni. - Powiedział już łagodniej.