26.05.2024, 21:42 ✶
Nie trzeba było mu tłumaczyć, czemu Brenna pośród ich wspólnych znajomych okryła się wręcz legendarną sławą. Chociaż zarzekała się, że dużo przyjemniej żyło jej się w cieniu dużo popularniejszego brata, którego kochały obiektywy reporterskich aparatów i zaklęte notatniki dziennikarzy, tak nie ulegało wątpliwości, że młodsza Longbottomówna... Potrafiła zostawić po sobie ślad. I nie potrzebowała do tego pięknych słów czy szałowych kreacji.
Wystarczyła jej zapalczywość i determinacja, z jaką przechodziła z punktu A do punktu B, dopinając wszystkie swoje sprawy na ostatni guzik. Gdyby Longbottom był poetą, to porównałby ją do żywiołu: można było z nią walczyć i próbować okiełznać, jednak w znacznej większości przypadków człowiek wychodził na tym gorzej niż gdyby po prostu pozwolił jej robić, to co chciała. Bo kiedy faktycznie uwzięła się na osiągnięcia danego celu, to potrafiła iść do niego po trupach.
— Znam dobrze tylko jednego Notta — napomknął nieśmiało, mierząc Sauriela uważnym spojrzenia. Czasem brał udział w treningach Klubu Pojedynkach, na których również zjawiał się Philip, więc zdążyli się trochę poznać w ciągu ostatnich paru lat. Do tego dochodziły też informacje z osmozy, gdyż mężczyzna był stosunkowo dobrze znany socjecie przez swoją karierę w quidditchu. — Chociaż wątpię, aby ten konkretny obrał sobie za cel akurat pannę Crouch.
Naczelna magini Wizengamotu. Huh. Trójpodział władzy panujący w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów nie był niczym dziwnym: był to jeden z największych oddziałów Ministerstwa Magii, a przy tym był okryty sporym prestiżem. W teorii nikt poza Departamentem Tajemnic nie mógł równać się ich wpływom wewnątrz placówki. Z wielką władzą przychodziła jednak wielka odpowiedzialność... I tutaj pojawiała się Moody, Crouch i Bones. Gdyby nie ta trójka niezliczone biura już dawno by się ze sobą pozagryzały. Mimo to, z całej tej grupy to właśnie Samantha wydawała się najbardziej... Wycofana?
W obliczu działań Ministerstwa Magii związanych z Beltane Erik nie potrafił sobie przypomnieć, aby Crouch odegrała jakkolwiek ważną rolę w tym, co się działo w rządzie. A może to po prostu nie była jej broszka? Doglądanie prac Wizengamotu było pracą, która znacznie różniła się od prowadzenia potyczek w terenie. Inne priorytety? Inne zadania? A może po prostu nie widziała się w roli kogoś, kto wychodzi bezpośrednio do ludzi? Wymyślona przez Sauriela plotka tym bardziej pobudziła wyobraźnię Erika.
— Szukam przede wszystkim porządku — wyjaśnił, celowo ingerując co bardziej wulgarne wstawki, jakie wplatał między słowa Rookwood. — Wiem, jak to wygląda od kuchni, ale nie uważam, żeby to zwalniało mnie z posiadania jakichkolwiek oczekiwań względem rządu czy Ministerstwa Magii. Rządy się zmieniają, ale co poniektóre dekrety urzędników są wieczne. Ciężko pokładać nadzieje w rządzących, kiedy w co drugim kącie panuje syf. Dosłownie i w przenośni.
Rozchylił usta, słuchając zapewnień kolegi. On jest jak Mills, napomniał się bezgłośnie. Musiał po prostu przetłumaczyć pewne frazy na ''tradycyjny'' angielski. ''Sodówka uderzy ci do głowy'' i ''poprzewraca ci się w dupie'' ewidentnie nawiązywały do sytuacji, gdzie nagle przestałby myśleć logicznie i zaczął odwalać jakąś manianę. Całkiem słuszne założenie: w tych czasach trudno było być w pełni normalnym. A to ''zajebie ci w ryj''... Hmm... Doprowadzenie do porządku? Tak, to brzmiało dużo lepiej.
— Zapraszam do Klubu Pojedynków na Pokątnej — zaoferował po dłuższej chwili milczenia. — Zobaczylibysmy, czy faktycznie byłbyś w stanie trafić w ten hmm ryj, jak to powiedziałeś.
Mały sparing jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodził, prawda? Wystarczyło spytać Derwina. Poza tym dobrze by było faktycznie odwiedzić sale pojedynkowe i przypomnieć o tym, że dalej był członkiem klubu. Jeśli dobrze kojarzył, to ostatnim razem, gdy tam się zjawił, postanowił spróbować obić Geraldine tyłek podczas sparingu szermierczego. Po sali zdecydowanie latało wówczas za mało zaklęć, jak na budynek, który nosił nazwę kwatery głównej Klubu Pojedynków.
— Ogórki z jajeczek? — Uniósł wysoko brew. — Czy to jakaś wariacja na temat historii o pszczółkach i kwiatkach? — Uśmiechnął się krzywo, połowicznie szczerze wierząc w to, że Sauriel za chwilę uraczy go długą i szczegółową historią o zapylaniu i otym, jak odpowiedzialni czarodzieje powinni się zabezpieczać przed takimi wpadkami. — A nawet jeśli... Proszę, mów dalej. Chętnie się dowiem, co miałeś na myśli.
Wystarczyła jej zapalczywość i determinacja, z jaką przechodziła z punktu A do punktu B, dopinając wszystkie swoje sprawy na ostatni guzik. Gdyby Longbottom był poetą, to porównałby ją do żywiołu: można było z nią walczyć i próbować okiełznać, jednak w znacznej większości przypadków człowiek wychodził na tym gorzej niż gdyby po prostu pozwolił jej robić, to co chciała. Bo kiedy faktycznie uwzięła się na osiągnięcia danego celu, to potrafiła iść do niego po trupach.
— Znam dobrze tylko jednego Notta — napomknął nieśmiało, mierząc Sauriela uważnym spojrzenia. Czasem brał udział w treningach Klubu Pojedynkach, na których również zjawiał się Philip, więc zdążyli się trochę poznać w ciągu ostatnich paru lat. Do tego dochodziły też informacje z osmozy, gdyż mężczyzna był stosunkowo dobrze znany socjecie przez swoją karierę w quidditchu. — Chociaż wątpię, aby ten konkretny obrał sobie za cel akurat pannę Crouch.
Naczelna magini Wizengamotu. Huh. Trójpodział władzy panujący w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów nie był niczym dziwnym: był to jeden z największych oddziałów Ministerstwa Magii, a przy tym był okryty sporym prestiżem. W teorii nikt poza Departamentem Tajemnic nie mógł równać się ich wpływom wewnątrz placówki. Z wielką władzą przychodziła jednak wielka odpowiedzialność... I tutaj pojawiała się Moody, Crouch i Bones. Gdyby nie ta trójka niezliczone biura już dawno by się ze sobą pozagryzały. Mimo to, z całej tej grupy to właśnie Samantha wydawała się najbardziej... Wycofana?
W obliczu działań Ministerstwa Magii związanych z Beltane Erik nie potrafił sobie przypomnieć, aby Crouch odegrała jakkolwiek ważną rolę w tym, co się działo w rządzie. A może to po prostu nie była jej broszka? Doglądanie prac Wizengamotu było pracą, która znacznie różniła się od prowadzenia potyczek w terenie. Inne priorytety? Inne zadania? A może po prostu nie widziała się w roli kogoś, kto wychodzi bezpośrednio do ludzi? Wymyślona przez Sauriela plotka tym bardziej pobudziła wyobraźnię Erika.
— Szukam przede wszystkim porządku — wyjaśnił, celowo ingerując co bardziej wulgarne wstawki, jakie wplatał między słowa Rookwood. — Wiem, jak to wygląda od kuchni, ale nie uważam, żeby to zwalniało mnie z posiadania jakichkolwiek oczekiwań względem rządu czy Ministerstwa Magii. Rządy się zmieniają, ale co poniektóre dekrety urzędników są wieczne. Ciężko pokładać nadzieje w rządzących, kiedy w co drugim kącie panuje syf. Dosłownie i w przenośni.
Rozchylił usta, słuchając zapewnień kolegi. On jest jak Mills, napomniał się bezgłośnie. Musiał po prostu przetłumaczyć pewne frazy na ''tradycyjny'' angielski. ''Sodówka uderzy ci do głowy'' i ''poprzewraca ci się w dupie'' ewidentnie nawiązywały do sytuacji, gdzie nagle przestałby myśleć logicznie i zaczął odwalać jakąś manianę. Całkiem słuszne założenie: w tych czasach trudno było być w pełni normalnym. A to ''zajebie ci w ryj''... Hmm... Doprowadzenie do porządku? Tak, to brzmiało dużo lepiej.
— Zapraszam do Klubu Pojedynków na Pokątnej — zaoferował po dłuższej chwili milczenia. — Zobaczylibysmy, czy faktycznie byłbyś w stanie trafić w ten hmm ryj, jak to powiedziałeś.
Mały sparing jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodził, prawda? Wystarczyło spytać Derwina. Poza tym dobrze by było faktycznie odwiedzić sale pojedynkowe i przypomnieć o tym, że dalej był członkiem klubu. Jeśli dobrze kojarzył, to ostatnim razem, gdy tam się zjawił, postanowił spróbować obić Geraldine tyłek podczas sparingu szermierczego. Po sali zdecydowanie latało wówczas za mało zaklęć, jak na budynek, który nosił nazwę kwatery głównej Klubu Pojedynków.
— Ogórki z jajeczek? — Uniósł wysoko brew. — Czy to jakaś wariacja na temat historii o pszczółkach i kwiatkach? — Uśmiechnął się krzywo, połowicznie szczerze wierząc w to, że Sauriel za chwilę uraczy go długą i szczegółową historią o zapylaniu i otym, jak odpowiedzialni czarodzieje powinni się zabezpieczać przed takimi wpadkami. — A nawet jeśli... Proszę, mów dalej. Chętnie się dowiem, co miałeś na myśli.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞