26.05.2024, 22:17 ✶
- Tak - odpowiedział, no bo co miałby teraz zrobić, skłamać? Że kiedy go tutaj nie było, to wcale nie tak, że spał u niego w domu, zapraszał go na jakieś słodkie spotkania i randki i... Pokiwał głową, że tak - kochał go - nie było już sensu zaprzeczać.
Ostatnie z zadanych mu pytań, okazało się być najgorszym. Dobra, mógł się tego spodziewać. Każda osoba posiadająca choćby odrobinę oleju w głowie spodziewałaby się tego, co miało nadejść i on podejmując wszystkie kroki, jakie doprowadziły go do tej sytuacji, wziął pod uwagę, że ktoś mu kiedyś to pytanie zada. Tylko teraz zabrzmiało to jakoś sto razy gorzej niż w jego głowie. Co się odpowiadało na takie pytania? Czy istniała jakaś instrukcja, jaką dało się pokierować? Na pewno kochał go dłużej, ale czy kochanie kogoś dłużej znaczyło od razu, że kochało się go bardziej? Ta miłość najwyraźniej nie zgasła w nim przez lata, chociaż był pewny, że potrafi przestać kochać - bo istnieli ludzie, z którymi kiedyś był tak blisko, że aż się sparzył, a dzisiaj budzili w nim co najwyżej przyjacielskie odczucia. Nawet gdyby umiał te miłości jakoś wartościować, gdyby dało się ułożyć je jedną nad drugim, to i tak by się teraz do tego nie przyznał. Nie śmiał też powiedzieć „nie”, bo jakby powiedział „nie”, to by przecież znaczyło, że któregoś z nich kocha mniej.
- Al... - Sam nie wiedział, czy mówi jego imię, bo chce je powiedzieć, czy próbując kupić sobie odrobinę więcej czasu, ale im więcej czasu mijało, tym gorszy wydźwięk nadawał całości. Zaczął więc panikować. - To nie tak, Al, naprawdę, to nie jest tak... - Zaczął obłapiać go rozgrzanymi dłońmi. - Ja nie kocham was bardziej lub mniej, ja was - tego się nie dało wytłumaczyć, bo to ani nie było romantyczne, ani nie brzmiało prawdziwie, bardziej... jak tania wymówka, on sam to przecież wiedział - kocham obu. - To musiało brzmieć jak teksty tego przeklętego rycerzyka z powieści o pięknej Esmeraldzie, tego co prosił swoją narzeczoną o kilka dni wolności przed ich ślubem - żeby mógł spróbować wdzięków cyganki przed ustatkowaniem się. Nienawidził tej postaci, była najgorszą z możliwych mend. - Proszę, chociaż spróbuj to zrozumieć. Kocham cię, ja cię naprawdę kocham. - Teraz to już nie tylko go dotykał, on zaciskał dłonie na materiale koszuli. Bardzo pragnął mówić mu o prawdziwości swoich wcześniejszych słów - nie kłamał przecież, obiecując mu powroty, jego pocałunki (nawet te, jakimi nauczył się pewne rzeczy wymuszać) nie były fałszywe. Jaka szkoda, że nie potrafił mówić wierszem.
Ostatnie z zadanych mu pytań, okazało się być najgorszym. Dobra, mógł się tego spodziewać. Każda osoba posiadająca choćby odrobinę oleju w głowie spodziewałaby się tego, co miało nadejść i on podejmując wszystkie kroki, jakie doprowadziły go do tej sytuacji, wziął pod uwagę, że ktoś mu kiedyś to pytanie zada. Tylko teraz zabrzmiało to jakoś sto razy gorzej niż w jego głowie. Co się odpowiadało na takie pytania? Czy istniała jakaś instrukcja, jaką dało się pokierować? Na pewno kochał go dłużej, ale czy kochanie kogoś dłużej znaczyło od razu, że kochało się go bardziej? Ta miłość najwyraźniej nie zgasła w nim przez lata, chociaż był pewny, że potrafi przestać kochać - bo istnieli ludzie, z którymi kiedyś był tak blisko, że aż się sparzył, a dzisiaj budzili w nim co najwyżej przyjacielskie odczucia. Nawet gdyby umiał te miłości jakoś wartościować, gdyby dało się ułożyć je jedną nad drugim, to i tak by się teraz do tego nie przyznał. Nie śmiał też powiedzieć „nie”, bo jakby powiedział „nie”, to by przecież znaczyło, że któregoś z nich kocha mniej.
- Al... - Sam nie wiedział, czy mówi jego imię, bo chce je powiedzieć, czy próbując kupić sobie odrobinę więcej czasu, ale im więcej czasu mijało, tym gorszy wydźwięk nadawał całości. Zaczął więc panikować. - To nie tak, Al, naprawdę, to nie jest tak... - Zaczął obłapiać go rozgrzanymi dłońmi. - Ja nie kocham was bardziej lub mniej, ja was - tego się nie dało wytłumaczyć, bo to ani nie było romantyczne, ani nie brzmiało prawdziwie, bardziej... jak tania wymówka, on sam to przecież wiedział - kocham obu. - To musiało brzmieć jak teksty tego przeklętego rycerzyka z powieści o pięknej Esmeraldzie, tego co prosił swoją narzeczoną o kilka dni wolności przed ich ślubem - żeby mógł spróbować wdzięków cyganki przed ustatkowaniem się. Nienawidził tej postaci, była najgorszą z możliwych mend. - Proszę, chociaż spróbuj to zrozumieć. Kocham cię, ja cię naprawdę kocham. - Teraz to już nie tylko go dotykał, on zaciskał dłonie na materiale koszuli. Bardzo pragnął mówić mu o prawdziwości swoich wcześniejszych słów - nie kłamał przecież, obiecując mu powroty, jego pocałunki (nawet te, jakimi nauczył się pewne rzeczy wymuszać) nie były fałszywe. Jaka szkoda, że nie potrafił mówić wierszem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.