Ciekawość kart niekoniecznie ograniczała się do ciekawości tego, co one odkryją. Ta ciekawość zawierała w sobie przyglądanie się brązowym oczom, płynnym ruchom, czarującemu uśmiechowi, jaki mężczyzna potrafił ewidentnie przybrać na swoją twarz. Albo i ten uśmiech był jego klasycznym uśmiechem sprzedawanym klientom. Laurenta nie obchodziło to wszystko w pigułce, bo nawet nie wróżbę gotów był kupić, tylko czas. Czas tego urokliwego mężczyzny, który nim kupczył i czarował każdą jedną damę bez odrobiny magii. I ta każdą jedną dawała się na to złapać, bo przecież było ja co spojrzeć. Charakterystyczna uroda miała na pewno swoich amatorów jak i przeciwników.
Zdaje się, że to był jeden z tych ludzi, których Flynn zwykł nazywać rodziną. Jak bliską? I czy w ogóle istniała jakąś granica, żeby mówić o dalszych i bliższych relacjach?
- Laurent Prewett. - Uśmiechnął się trochę weselej, bo chociaż wątpliwości rozkładały go na czynniki pierwsze, proces rozkładu odtajał i na razie mógł sobie działać w tle. Wszystko dlatego, że ten ciepły ton zachęcał do tego, żeby wejść z nim w interakcję. Uzupełnił więc przedstawienie się o datę swoich urodzin, teraz już stając przed mężczyzną. Położył śliczną kotkę na ziemi, żeby nie zajmowała mu rąk, a ta niezrażona zajęła się myciem swoich łap. Jak chyba każdy szanujący się kot. - Sporo jest takich spraw. - Pamiętał, co mu mówiła Guinevere na temat wróżenia i co też wspominał Vakel, kiedy go odwiedził. Jeszcze wróżby z kart nie widział w takiej formie, w jakiej zaproponował to Alex. Więc chwilowo zamiast skupiać się na Alexie - skupił się na kartach. I tak, rzeczywiście myśli potrafiły być rozbiegane, ale Laurent w ogóle skierował się tutaj w konkretnym celu, więc... Skupił się na swojej woli zaśpiewania dla ludzi na Lammas.