W przeciwieństwie do Longbottoma Geraldine mimo swojego pochodzenia, majątku i całej reszty nie miała jakichś szczególnie wrażliwych kubków smakowych. Kawa to była kawa, ważne by pomogła nieco się rozruszać, odpędzić nadchodzący sen. Podczas swoich wypraw żywiła się tym, co mogło wzbudzić odrazę, jednak czasem była to jedyna opcja. Nie była więc wybredna w żadnym stopniu, w tej chwili pewnie nie pogardziłaby nawet najgorszą lurą, ale nie chciała tracić czasu. Wstawać od stołu, czekać na zamówienie, trwałoby to wieki, kiedy przyszło jej odbyć tę ważną rozmowę.
- Jeśli dobrze rozumiem, to powinnam złożyć tę pieczęć, a wtedy on zniknie? - Po raz kolejny nie do końca wiedziała, jak powinna interpretować jego słowa. Może zamiast latać na miotle za piłką mogła poświęcić w szkole więcej czasu na zagłębianie tajników magii... - Nie lubię powoływać się na nieznajomych. - W końcu nie wiedziała, czy może im ufać. Pewnie znalazłaby kogoś, do kogo mogła się zwrócić ten typ od węża, którego kiedyś spotkała, z tego, co pamiętała on zajmował się podobnymi rzeczami, zabawne bo też miał na nazwisko Shafiq, a znajomy Longbottoma odesłał ją do kogoś innego. Na pewno zapamięta dane tej dziewczyny, gdyby jednak okazało się, że nie ma kogo poprosić o pomoc.
- To daje nadzieję na to, że jednak o mnie nie zapomną, zawsze było to moim największym lękiem, że umrę i nikt nie będzie o mnie pamiętał. - Podzieliła się z nim tym, czego bała się najbardziej, chyba odczuła potrzebę podzielenia się tym. Bardzo, ale to bardzo nie chciała skończyć w ten sposób. Zabawne, że to nie śmierci bała się najbardziej, a dla wielu osób była ona największym lękiem.
- Powinnam mieć zdjęcie. - Sięgnęła do kieszeni płaszcza, po dłuższej chwili wygrzebała z niej zdjęcie, na którym znajdowała się ona i Thoran. Fotografia była dosyć stara, nieco poniszczona, chyba z oficjalnego zakończenia szkoły. Przysunęła ją w stronę Morpheusa, aby mógł zobaczyć, jak wygląda Thoran Yaxley.