27.05.2024, 01:56 ✶
Najgłupsze było to, że po zwierzeniu mu się z tego, po podzieleniu się z nim czymś tak głęboko skrywanym, po wyryciu nożem tej linii, o której wcześniej tak żywo rozmawiali - on i tak poczuł ciepło w podbrzuszu, kiedy Laurent mówił do niego taki zatroskany. Troszczył się o niego. Ten delikatny chłopaczek, którego Crow kojarzył z tym że nie potrafił stawiać żadnego innego oporu niż werbalne prośby o to, żeby ktoś wreszcie przestał go bić, mówił mu teraz: trzymam cię. Zdaniem Crowa on nie był w stanie go utrzymać. Może i był niepozorny, może i był niższy od niego, ale gdyby nie miał w sobie tyle energii, żeby utrzymać się na nogach, runęliby na te kafelki oboje. Oczywiście... nawet jeżeli nie potrafił zaufać tym wątłym rękom, to wciąż było miłe, przyjemne, a on już pokazał mu, jak łatwo było sprawić, że będzie się do niego łasił. Teraz wcale nie zachowywał się inaczej.
Wstyd. Tyle teraz czuł. Nie ten pulsujący ból nogi, już nawet nie złość, frustrację, rozpacz... Po prostu wstyd. Bo ta troska nie wynikała tylko z delikatnej natury będącej niczym opatrunek na tę paskudną, poszarpaną duszę - ta troska wynikała z tego, że był widziany. Laurent go widział. Laurent go widział i co gorsza - Laurent go rozumiał, mówił rzeczy tak trafne, tak dogłębnie ryjące mu w głowie różne rzeczy... I pozostawał jak puch, jakby go swoim jestestwem otulał jak kołdrą, no przecież nikt kurwa, nigdy w życiu nie poświęcił mu aż tyle nieprzerwanej uwagi, co on w tym ogrodzie pełnym róż. I był całkowicie pewny, że gdyby mu wtedy powiedział: zostańmy, to by tam oglądali te kwiaty, aż by ich stamtąd nie przegonił deszcz. A może nawet wtedy siedzieliby tam pod jakimś krzewem, bo żadne z nich nie bało się wody. Dlatego wydawało mu się, że Laurent może to rozumieć - to że nie chodziło mu tylko o śmierć, w takim ujęciu, w jakim rozumieli ją inni - jemu chodziło też o śmierć, na temat której ględził coś wcześniej. Od zawsze był wulgarny i karał innych za zły dobór słów, ale istniała jedna, konkretna rzecz doprowadzająca go do gorączki najszybciej. Wcale nie było to spokojnie, chociaż miał ze spokojnie długą i nie-spokojną historię - chodziło o „Flynn, przecież życie się nie kończy, kiedy...”. Nie? Ah zamknij kurwa mordę. Życie kończyło się dokładnie wtedy, kiedy czuł jego koniec - skończyło się już raz, dokładnie w dniu, w którym zorientował się, że nieważne jak mocno się postara, ile energii włoży w tę relację, ona już nigdy tego uczucia nie odwzajemni. Uratował go cud. I teraz... teraz miałby wierzyć, że to się nie powtórzy? Że tak po prostu rozejdą się w zgodzie, że tam gdzieś była jakaś kontynuacja... Nie. On wierzył w koniec i bardzo łatwo zapominał, jak wiele mogło wydarzyć się przed tym końcem. Pewnie dlatego dobierał sobie osoby pamiętające za niego. Momentami aż za dobrze. Dostrzegał to, że Laurent też wpisywał się w ten schemat - jednocześnie był tak delikatny, jakiś taki za delikatny na dźwiganie jego złości, smutku. Gdyby ktoś miał powiedzieć: „zabijmy ich dobrocią” to pewnie byłby on, kiedy Crow w tle snułby plany zesłania na nich dziesięciu plag Egipskich, żeby ten mógłby spać spokojnie z tą bzdurą na ustach.
Zadarł głowę do góry, spojrzał mu w oczy.
Gdyby mówił prawdę, to przyznałby się teraz, że chciałby wielbić go na oczach tych wszystkich ludzi, którzy go zranili. Na oczach tego zjeba, co się przez niego popłakał. Ohh, nawet nie tylko na ich oczach. W szczególności tych, co zadali mu krzywdę, ale też... Tak, żeby widzieli go wszyscy. Nie ich, jego. Tu nie chodziło o to, że to musieli być oni, razem - to miał być on, na piedestale, miał stać na nim i błyszczeć i każdy pieprzony mieszkaniec każdego cholernego miasta w tym kraju miał patrzeć na Laurenta Prewetta i myśleć - oto jak błyszczy, kiedy jest traktowany dobrze. Tak, jak na to zasługuje. Nie do końca wiedział, co poszło nie tak. Za mocno przyzwyczaił się do pragnienia posiadania niektórych ludzi na własność?
Jeżeli naprawdę zamierzał dotrzymać tej obietnicy, Crow był w stanie odwdzięczyć mu się bardziej niż ktokolwiek inny.
Złapał ręką za krawędź wanny, podniósł się do góry i wyszedł z niej, wylewając na podłogę łazienki masę zabrudzonej krwią wody. Oczywiście, że zakręciło mu się w głowie, a tak jak potrafił się o tę krawędź wanny przytrzymać, tak i potrafił na niej usiąść. Całkiem stabilnie i nic w tym dziwnego - bo gdyby nie potrafił zachować równowagi w takich warunkach, już dawno rozbiłby sobie łeb po pijaku. Zacisnął rękę na ręczniku przewieszonym tuż obok i zaczął się nim wycierać, z głową spuszczoną w dół.
- Nie mów - stęknął, dotykając przypadkiem tej cholernej rany szorstkim materiałem - n-nie mów nikomu, że mnie takim widziałeś. Oni muszą się mnie bać. - Trochę nie miał już po co udawać, przecież mu nie usunie pamięci. Nie potrafił rzucać nawet najłatwiejszych uroków. Mówił coś kompletnie oczywistego, ale chciał, żeby to wybrzmiało i zostało usłyszane - bo przecież chodziło tu o bezpieczeństwo i jego bliskich i... Laurenta. No bo Flynn nie musiał być silny, nie musiał stroszyć piór, ale Crow... musiał. Po to istniał. Po to tchnięto w niego życie.
Wstyd. Tyle teraz czuł. Nie ten pulsujący ból nogi, już nawet nie złość, frustrację, rozpacz... Po prostu wstyd. Bo ta troska nie wynikała tylko z delikatnej natury będącej niczym opatrunek na tę paskudną, poszarpaną duszę - ta troska wynikała z tego, że był widziany. Laurent go widział. Laurent go widział i co gorsza - Laurent go rozumiał, mówił rzeczy tak trafne, tak dogłębnie ryjące mu w głowie różne rzeczy... I pozostawał jak puch, jakby go swoim jestestwem otulał jak kołdrą, no przecież nikt kurwa, nigdy w życiu nie poświęcił mu aż tyle nieprzerwanej uwagi, co on w tym ogrodzie pełnym róż. I był całkowicie pewny, że gdyby mu wtedy powiedział: zostańmy, to by tam oglądali te kwiaty, aż by ich stamtąd nie przegonił deszcz. A może nawet wtedy siedzieliby tam pod jakimś krzewem, bo żadne z nich nie bało się wody. Dlatego wydawało mu się, że Laurent może to rozumieć - to że nie chodziło mu tylko o śmierć, w takim ujęciu, w jakim rozumieli ją inni - jemu chodziło też o śmierć, na temat której ględził coś wcześniej. Od zawsze był wulgarny i karał innych za zły dobór słów, ale istniała jedna, konkretna rzecz doprowadzająca go do gorączki najszybciej. Wcale nie było to spokojnie, chociaż miał ze spokojnie długą i nie-spokojną historię - chodziło o „Flynn, przecież życie się nie kończy, kiedy...”. Nie? Ah zamknij kurwa mordę. Życie kończyło się dokładnie wtedy, kiedy czuł jego koniec - skończyło się już raz, dokładnie w dniu, w którym zorientował się, że nieważne jak mocno się postara, ile energii włoży w tę relację, ona już nigdy tego uczucia nie odwzajemni. Uratował go cud. I teraz... teraz miałby wierzyć, że to się nie powtórzy? Że tak po prostu rozejdą się w zgodzie, że tam gdzieś była jakaś kontynuacja... Nie. On wierzył w koniec i bardzo łatwo zapominał, jak wiele mogło wydarzyć się przed tym końcem. Pewnie dlatego dobierał sobie osoby pamiętające za niego. Momentami aż za dobrze. Dostrzegał to, że Laurent też wpisywał się w ten schemat - jednocześnie był tak delikatny, jakiś taki za delikatny na dźwiganie jego złości, smutku. Gdyby ktoś miał powiedzieć: „zabijmy ich dobrocią” to pewnie byłby on, kiedy Crow w tle snułby plany zesłania na nich dziesięciu plag Egipskich, żeby ten mógłby spać spokojnie z tą bzdurą na ustach.
Zadarł głowę do góry, spojrzał mu w oczy.
Gdyby mówił prawdę, to przyznałby się teraz, że chciałby wielbić go na oczach tych wszystkich ludzi, którzy go zranili. Na oczach tego zjeba, co się przez niego popłakał. Ohh, nawet nie tylko na ich oczach. W szczególności tych, co zadali mu krzywdę, ale też... Tak, żeby widzieli go wszyscy. Nie ich, jego. Tu nie chodziło o to, że to musieli być oni, razem - to miał być on, na piedestale, miał stać na nim i błyszczeć i każdy pieprzony mieszkaniec każdego cholernego miasta w tym kraju miał patrzeć na Laurenta Prewetta i myśleć - oto jak błyszczy, kiedy jest traktowany dobrze. Tak, jak na to zasługuje. Nie do końca wiedział, co poszło nie tak. Za mocno przyzwyczaił się do pragnienia posiadania niektórych ludzi na własność?
Jeżeli naprawdę zamierzał dotrzymać tej obietnicy, Crow był w stanie odwdzięczyć mu się bardziej niż ktokolwiek inny.
Złapał ręką za krawędź wanny, podniósł się do góry i wyszedł z niej, wylewając na podłogę łazienki masę zabrudzonej krwią wody. Oczywiście, że zakręciło mu się w głowie, a tak jak potrafił się o tę krawędź wanny przytrzymać, tak i potrafił na niej usiąść. Całkiem stabilnie i nic w tym dziwnego - bo gdyby nie potrafił zachować równowagi w takich warunkach, już dawno rozbiłby sobie łeb po pijaku. Zacisnął rękę na ręczniku przewieszonym tuż obok i zaczął się nim wycierać, z głową spuszczoną w dół.
- Nie mów - stęknął, dotykając przypadkiem tej cholernej rany szorstkim materiałem - n-nie mów nikomu, że mnie takim widziałeś. Oni muszą się mnie bać. - Trochę nie miał już po co udawać, przecież mu nie usunie pamięci. Nie potrafił rzucać nawet najłatwiejszych uroków. Mówił coś kompletnie oczywistego, ale chciał, żeby to wybrzmiało i zostało usłyszane - bo przecież chodziło tu o bezpieczeństwo i jego bliskich i... Laurenta. No bo Flynn nie musiał być silny, nie musiał stroszyć piór, ale Crow... musiał. Po to istniał. Po to tchnięto w niego życie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.