27.12.2022, 14:58 ✶
Castiel zawsze wydawał się jej inny. Inny tak samo, jak ona, chociaż pod wielce różną postacią. Nie potrafiła tego nigdy wytłumaczyć, ani też szczególnie często nie rozmawiała o tym na głos. Traktowała ich znajomość jako cenny dar, swego rodzaju sekret, którego pełnię składników sama do końca nie rozumiała. Bo przecież dlaczego kiedykolwiek chciałby się z nią zadawać? Nie podnosił głosu, kiedy ona do wszystkich mówiła na wpół krzycząc. Unikał kontaktu wzrokowego, podczas gdy Ida patrzyłaby się prosto w twarz samemu Voldemortowi, gdyby nadeszła, wkrótce zapewne nadejdzie, okazja. Flint był łagodny, delikatny w obyciu, tak jak przystało na wielkie umysły. Ida magię traktowała przedmiotowo, surowo obchodząc się ze swoimi darami. Za to Castiel… Castiel z użytkowania magii potrafił tworzyć prawdziwą sztukę.
Prześlizgnęła wzrokiem po czarnych butach, a z tyłu głowy pojawiło się nawet jakiegoś rodzaju rozczulenie. Pewne rzeczy się nigdy nie zmieniały i to zapewniało Moody komfort, spokój, że Castielowi może prawdziwie ufać.
— Chyba blada cera jest teraz w modzie? — Nie miała bladego pojęcia co jest w modzie. Bardzo nikłe o tym, co w zasadzie jest modą, a jej garderoba podobnie jak Flinta, składała się głównie z materiałów czarnych, w porywach do brązowych. — I nie jestem spięta, tylko… Stosownie czujna. — Zaryzykowała wytłumaczenie na pół gwizdka, które chociaż sklecone nieszczególnie misternie, skutecznie ucinało tę część rozmowy.
Ida nie wiedziała, co począć z troską innych. Można wręcz stwierdzić, że miała na nią alergię i reagowała na każdy objaw cudzego zainteresowania momentalną ucieczką do swojej sztywnej skorupy. Widząc ruch czarodzieja, gdy schował różdżkę, Moody jęknęła z rezygnacją. — I co byśmy mieli robić w “Dziurawym Kotle”? Patrzeć jak mój brat wciąga piwo karmelowe nosem i potem podrywa barmankę? Nic czego wcześniej bym nie widziała tysiąca razy. — Podeszła bliżej do przyjaciela, zgarniając ogon swojego warkocza na jedno ramię. — Hej jestem Alastor Moody, chcesz zobaczyć moją odznakę aurorską mała? — Przerażająco dobrze zniżyła głos, naśladując tembr starszego brata. Od dziecka powtarzano im, że gdyby nie łagodna struktura kości policzków Idy, odziedziczona po Trelawney’ach i kilka lat różnicy wiekowej, mogliby uchodzić za bliźniaków. — Wolę być z tobą tutaj. Jest spokojniej. Bez innych ludzi. — W Hogwarcie zawsze wymykała się ze wszystkich większych zgromadzeń. Nawet będąc prefektem, skupiała się na wykonaniu najważniejszych zadań, by czym prędzej usunąć się w cień i znaleźć bezpieczny kąt, z którego mogła nie być już wyłącznie uczestnikiem, ale i obserwatorem.
— Wiesz, że nic konkretnego ci na to nie powiem. — Westchnęła cicho, nachmurzając się przez własne decyzje. Gęste brwi zmarszczyła chwilowo, a usta zacisnęła w kreskę. Nie miała zbyt wielu przyjaciół, nie radziła sobie dobrze w ich utrzymywaniu, tym bardziej zatem bała się stracić Castiela. Już raz podjęła taką decyzję i chociaż lubiła mówić, że nie ma serca, wolała się nie zastanawiać, jak miałaby przeżyć drugą taką sytuację. — To, co zawsze, bóle stawów, pleców i kręgosłupa. Nie ma czym się zamartwiać niepotrzebnie. — W reszcie zbyła go machnięciem ręki, wyciągając własną różdżkę zza pasa. — To jak, bijemy się? No weź, zgódź się. — Rozsądna część umysłu Moody mówiła, że oboje są dorośli i znają się lepiej niż większość. Że Castiel nigdy by jej nie odtrącił, gdyby wiedział, że jest… Dziwakiem, ale takim potwierdzonym klinicznie. Że bursztynowy odcień jej oczu, ciemnieje z każdą sekundą do czarnej smoły, gdy symptomy się nasilają. Że tak naprawdę jest po prostu Wynaturzeniem.
give me a bitter glory.